OSTRZEGAMY PRZED TŁUMACZENIOWYM BUBLEM!


PRZECZYTAJ, JAK TŁUMACZKA ZARŻNĘŁA POWIEŚĆ

„UNDERDOG” TORBJÖRNA FLYGTA


Recenzja nr 1: Rybka piła wali konika
Recenzja nr 2: Wielka promocja bubla
(autorem obu recenzji jest tłumacz literatury szwedzkiej Paweł Pollak)
Postscriptum


okładka



WIELKA PROMOCJA BUBLA

Po opublikowaniu recenzji Rybka piła wali konika, w której wykazałem, że tłumaczka Elżbieta Jasińska-Brunnberg zarżnęła powieść pt. „Underdog” Torbjörna Flygta, wiele osób pytało mnie: „Co na to wydawnictwo?” No właśnie, co. Czy słowo/obraz terytoria wycofało książkę z księgarń i przeznaczyło bubla na przemiał? A może przysłało polemikę, w której punkt po punkcie udowodniło, że przekład jest kongenialny, a ja się czepiam? Nic z tych rzeczy. Wydawnictwo krytyką się nie przejęło, tylko zorganizowało promocyjny przyjazd Torbjörna Flygta do Polski. Kiedy się o tym dowiedziałem, popadłem nie w osłupienie, a w stan katatonii, i gdyby nie mój królik, który ugryzł mnie w kostkę, domagając się codziennej porcji pietruszki, tkwiłbym w nim pewnie do dziś. Zęby królika przywróciły mi nie tylko sprawność fizyczną, ale i umysłową. O co mi chodzi? Jaki wydawca będący przy zdrowych zmysłach przeznaczy na przemiał książkę, którą można opylić po blisko czterdzieści złociszy sztuka? Przecież to nie telewizor, gdzie każdy od razu widzi, że nie działa. A ostatecznie ile osób przeczyta recenzję. Uczciwość, etyka, przyzwoitość? Te pojęcia nie tylko w polityce nie mają czego szukać. Czytelnik? Umarł w osiemdziesiątym dziewiątym, teraz jest konsument i rozsądny wydawca nie wydaje forsy na tłumacza, redakcję i korektę, tylko na zorganizowanie przyjazdu pisarza do Polski, żeby opchnąć badziewie, które wydrukował. Ale taka reakcja świadczy też o tym, że przekład „Underdoga” wcale nie był jednostkową wpadką, po której wszyscy w wydawnictwie złapali się za głowy. Najwyraźniej byle jakie tłumaczenia i pomijanie redakcji i korekty ze względów oszczędnościowych są w wydawnictwie słowo/obraz terytoria normą.
Zdziwiło mnie jedynie to, że pisarz zgodził się przyjechać, i doszedłem do wniosku, że najwidoczniej wydawnictwu udało się mu wmówić, że wymienione błędy, aczkolwiek poważne, są jednostkowe i generalnie przekład, choć nie najlepszy, ujdzie. To może pokażmy, że nie ujdzie, analizując tłumaczenie nie problemowo, tylko ilościowo. Weźmy na przykład taką stronę 237 i wyliczmy znajdujące się na niej błędy.
1. „Idź do Porsfyra, chichocze Lasse - zrobił z Rogerem co chciał, jest zadłużony.” Ponieważ Lasse mu ten dług wmawia, powinno być „wpędził go w dług”, co również gramatycznie brzmiałoby lepiej, bo przy sformułowaniu tłumaczki można uznać, że to Lasse jest zadłużony.
2. „Rolle startuje zündappa”. Rolle, owszem, startuje, ale odpalając z kopniaka, i tak jest to ujęte w oryginale.
3. „Spadamy, chłopaki.” W oryginale tego „chłopaki” nie ma, samo uzupełnienie nie jest złe, problem w tym, że Rolle zwraca się wyłącznie do Lassego, bo tylko oni dwaj „spadają”.
4. „Naciska na gaz”. Elżbieta Jasińska-Brunnberg najwyraźniej nigdy nie jechała motorowerem i wydaje się jej, że jest to coś o konstrukcji samochodu. W oryginale jest oczywiście „dodaje gazu”.
5. „Puszcza ręczny hamulec i motorower wyrywa się do przodu a my odskakujemy na bok.” Powinno być: „Puszcza ręczny hamulec i motorower wyrywa się do przodu, tak że jesteśmy zmuszeni odskoczyć na bok.”
6. „Wyjeżdżają na ulicę”. Owszem, wyjeżdżają, tyle że narrator używa slangowego wyrażenia i trudno zrozumieć, dlaczego tłumaczka nie oddaje stylistyki oryginału.
7. „Tak jakby w mieście pętała się cała masa zgubionych motorowerów”. W oryginale drälla, które ma dwa znaczenia, „pętać się” albo „roić się”. Elżbieta Jasińska-Brunnberg jak zwykle w takich przypadkach wybiera to niewłaściwe. Motorowery się nie pętają, tylko się od nich roi.
8. „Podobny do dakoty, ale z tylnym lusterkiem”. W oryginale: „Taką samą dakotę, ale z tylnymi lusterkami.”
9. „Jerry William naciągnął swoją mamę na hamburgera, Åsa i Laila też są, Carina też.” Narrator wymienia zgromadzone osoby, a informacja, że Jerry William zdobył od matki parę groszy jest tylko uzupełnieniem, wyjaśnieniem powodu jego obecności, więc powinno być: „Jerry William, który wyciągnął od swojej mamy forsę na hamburgera...”
10. „Usta wilgotne od szminki, smak truskawek”. Rzut oka na oryginał i już wiemy, że słynny film Bergmana powinien nosić tytuł „Tam, gdzie rosną truskawki”, a nie „Tam, gdzie rosną poziomki”.
11. „Ale jesteś! Co on ci zrobił?”. Polski czytelnik nie dowiaduje się, kto staje w obronie Rogera, bo tłumaczka wyrzuca informację, że mówi to Carina, a z kontekstu to nie wynika.
12. „Kierownicy tego zündappa”. W oryginale: „Kierownicy tego pordzewiałego zündappa”.
Skoro już jesteśmy przy motorowerach, tłumaczka nie tylko proponuje nam nowe rozwiązania techniczne, ale i nową technikę jazdy. Na str. 158 Johan marzy o „dodawaniu gazu w tylnym kole”. Tymczasem wcale nie zamierza doprowadzać doń wybuchowego wodoru, a tylko zwyczajnie chce na tym tylnym kole jeździć, unosząc przednie. Na stronie 235 chłopcy rozmawiają o szczegółach technicznych podrasowania motoroweru, tłumaczka nie ma pojęcia o czym mowa i nie chce się jej sprawdzać, więc dany fragment dialogu opuszcza. Opuszczanie fragmentów, których tłumacz nie rozumie albo nie potrafi przełożyć, ma w historii przekładu długą tradycją i Elżbieta Jasińska-Brunnberg dzielnie ją kontynuuje.
Wróćmy jednak do analiz ilościowych. Czy dwanaście błędów na stronie od poważnych po rażące jest szczytem możliwości Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg? Ależ skąd. Charakterystyczne dla powieści Flygta są partie narracyjne opisujące zachodzące przemiany społeczne, w których cały nawet kilkustronicowy opis zamyka się w jednym zdaniu. Te partie, wymagające szczególnej staranności, Elżbieta Jasińska-Brunnberg tłumaczyła, jak całą książkę, na kolanie, w efekcie pełne są opuszczeń, przeinaczeń i częściowo niezrozumiałe. Taki opis znajduje się na przykład na stronie 326. Tłumaczka zmienia formę bezosobową z oryginału na pierwszą osobę, tłumaczy „przyszłe zyski” jako „przyszłościowe nadwyżki”, „prosimy” jako „marzymy”, „wozy strażackie” jako „samochody”, opuszcza informacje, że konsumenci stają się aktorami, że wyrabia się markę, że sprzedawca ma palce tłuste od monet, opuszcza porównanie soulu do ciasta, twierdzi, że naród domaga się wolności, a on domaga się wolności wyboru, nie patrzymy trzeźwym okiem na Wirthena, tylko w jego trzeźwe oczy, a w ogóle facet nazywa się Werthén, nie trzeba dopowiadać, że kanały reklamowe są w telewizji, skoro autor tego nie pisze, i co to jest „kompetencja socjalna”? Summa summarum można doliczyć się z piętnastu błędów (na jednej stronie!), a przekład innych opisów tego typu wygląda podobnie. Na stronie 191 z grubszych błędów tłumaczka nie przenosi produkcji do krajów Trzeciego Świata, zyski przeznacza na „premie dla głównego zarządu”, gdy tymczasem trafiają one do spółki matki i tworzy „rezerwy składowe” zamiast magazynowych.
Zresztą to, że na ekonomii tłumaczka zna się tak jak na biologii i sporcie, widać na stronie 325. Chłopcy zafascynowani są giełdą i chwalą się znajomością takich pojęć jak „emisja, wskaźnik cena/zysk, indeks, raport kwartalny, dywidenda i split”, w wersji tłumaczki są to „emisja, indeks, kwartalny raport, nadwyżki i straty”.
Trzeba przyznać, że Elżbieta Jasińska-Brunnberg powinna nie tylko trafić do Księgi Guinnessa z racji liczby popełnionych błędów, ale i zostać honorowym członkiem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich jako tłumaczka, której każda dziedzina jest obca. Podczas Wigilii wujek Johana „zaczyna głośno czytać pieśni Fänrika Ståla” (str. 62). Każdy, kto liznął historii literatury szwedzkiej, wie, że chodzi o słynny utwór Johana Ludviga Runeberga „Opowieści chorążego Ståla” (t. 1 - 1848, t. 2 - 1860), z którego Finowie zaczerpnęli swój hymn narodowy. Każdy, ale nie Elżbieta Jasińska-Brunnberg, która z literaturą szwedzką zetknęła się zapewne przy lekturze „Underdoga”. Ponieważ w języku szwedzkim tytułów nie wydziela się cudzysłowem, a szyk wyrazów w oryginalnym tytule wypada następująco: „Chorążego Ståla opowieści” (Fänrik Ståls sägner), tłumaczka przyjęła, że obce jej słowo fänrik to imię, skoro jest napisane dużą literą, i że chodzi o jakiegoś tekściarza, którego pieśni nadają się do czytania w Wigilię. Jeśli coś może przebić umieszczenie przez tłumaczkę w akwarium ryby piły w miejsce mieczyka, to chyba właśnie to. Z trzywyrazowego wyrażenia błędnie tłumaczy dwa słowa (myli sägner z sånger czyli opowieści z pieśniami) i nie rozpoznaje w nim słynnego tytułu.
Analizując przekład Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, można by napisać doktorat, a sama książka powinna stać się obowiązkową lekturą do przedmiotu technika tłumaczeń, gdyż na jej przykładzie doskonale można pokazywać studentom, jak nie należy tłumaczyć. W żargonie tłumaczy surowy przekład nazywany jest „rybką”. To, co Elżbieta Jasińska-Brunnberg dostarczyła wydawnictwu (a wydawnictwo opublikowało), nie jest nawet rybką. No chyba że zdechłą. Zdechłą rybką piłą.



RYBKA PIŁA WALI KONIKA

„Underdog” jest powieścią wspaniałą. Świetną, rewelacyjną, i takie przymiotniki można mnożyć. Torbjörn Flygt opowiedział o dojrzewaniu chłopaka ze szwedzkiego blokowiska lat siedemdziesiątych z perspektywy człowieka 37-letniego, który jednak nie zapomniał i nie zafałszował swoich ówczesnych odczuć. Powieści o pierwszym papierosie, pierwszej wódce, pierwszej dziewczynie powstało wiele, ale Flygt napisał swoją takim stylem, że chłonie się ją, jakby była pierwszą o tej tematyce. Nie bez kozery dostała w 2001 r. Augustpriset, odpowiednik polskiej Nike, choć jakby z bardziej obiektywnym jury.
Można by się ucieszyć, że ta książka ukazała się po polsku, zwłaszcza że szwedzkie blokowisko pod wieloma względami, co zaskakujące, przypomina polskie, gdyby nie fakt, że została zarżnięta przez (pseudo)tłumaczkę Elżbietę Jasińską-Brunnberg. Trupa na widok publiczny, nie sprawdziwszy pulsu, wystawiło gdańskie wydawnictwo słowo/obraz terytoria.
Już na pierwszych stronach czytelnika zaskakuje dziwaczna interpunkcja. Pierwszemu nasuwającemu się wyjaśnieniu, że tłumaczka usiłuje w ten (nieudolny) sposób oddać specyficzny styl Flygta, przeczy spojrzenie na oryginał. Elżbieta Jasińska-Brunnberg kopiuje po prostu szwedzką interpunkcję, całkowicie odmienną od polskiej, nie zapamiętała nawet ze szkoły podstawowej, że w języku polskim przecinki stawiamy przed „że” i „który”. Korektorka bez problemu wyłapałaby te błędy, ale mimo że jej nazwisko widnieje na stronie redakcyjnej, najwyraźniej nigdy nie miała tekstu przed oczami. Podobnie redaktorka, bo sporo błędów popełnionych przez tłumaczkę poprawiłby każdy redaktor, nawet nieznający szwedzkiego i pracujący na ciężkim kacu.
I tak na stronie 14 Johan, główny bohater, wyciąga z akwarium rybki, żeby dokuczyć siostrze, Monice. Między innymi wyciąga mieczyka. W polskiej wersji mieczyk zamienia się w „rybkę piłę”. Ryba piła osiąga do sześciu metrów długości, więc nawet jak przyjmiemy, że „rybka piła” jest odpowiednio mniejsza, to jako żywo do akwarium się nie zmieści. Na stronie 113 Johan uśmierca rybki, karmiąc je grochem, w tym już nie „rybkę piłę”, lecz rybę piłę. Nie dowiadujemy się, skąd ta zmiana (może „rybka piła” przez te 99 stron zjadła inne rybki i urosła?). Mieczyk ma w języku szwedzkim taki sam źródłosłów jak w polskim (od „miecza”), więc gdyby tłumaczka pomyliła go z miecznikiem (inna nazwa orki), mechanizm błędu byłby zrozumiały, a tak trzeba przyjąć, że zamiast tracić czas na poszukiwania w słownikach, encyklopediach i Internecie, po prostu wzięła odpowiednik z sufitu. Wykazując się do tego wyjątkową ignorancją, bo wiedza, że ryba piła nie jest akwariową rybką, nie stanowi tajemnej wiedzy ichtiologów.
Pomoc sufitu nie była tłumaczce potrzebna przy tak zwanych fałszywych przyjaciołach. Są to słowa, które brzmią podobnie w dwóch językach, ale znaczą co innego. Elżbieta Jasińska-Brunnberg o takim zjawisku nie słyszała, więc tłumaczy alternativ (możliwości) jako „alternatywy” (str. 7) - że nie chodzi o alternatywy 4, informuje nas na str. 277: „trzy alternatywy skłóciły partie polityczne” - sjal (chusta) jako „szal” a banderoll (transparent) jako „banderola” i w efekcie Monika ze swoją koleżanką Hanne demonstrują przeciwko dyktaturze chilijskiej ubrane w palestyńskie szale z banderolami w rękach (str. 103), co musiało stanowić fantastyczny widok.
Tłumaczka pozostaje zresztą często wierna językowi szwedzkiemu, czemu zawdzięczamy w polskim przekładzie tak piękne konstrukcje jak: „oglądaliśmy z niej widok” (str. 74), „ma źle dopasowane ramię do użytku w fabryce” (str. 192) czy „ona poznała tam jednego chłopaka” (str. 232). Innym przykładem „wiernego” tłumaczenia jest wykorzystywanie pierwszego odpowiednika w słowniku, i tak: „MFF (...) wysyła połowę drużyny do reprezentacji” (str. 28) zamiast „daje”, „przejęła komendę nad rozmową” (str. 67) zamiast „przejęła inicjatywę” albo „bryluje w rozmowie”, „wyprodukowałem rurkę z pustej w środku poprzeczki od wieszaka” (str. 106) zamiast „zrobiłem”, „po raz drugi zawiedziona przez tego samego mężczyznę” (str. 194) zamiast „zdradzona” lub „zostawiona”.
Elżbieta Jasińska-Brunnberg, ortodoksyjnie wierna na poziomie słowa, staje się heretyczką, gdy w grę wchodzą większe fragmenty. Kiedy chłopcy zastają przed sklepem Porfyra, osiedlowego zboczeńca, w polskim przekładzie odważają się na „głośne westchnięcia za jego plecami, wulgarne odgłosy jak chrząkanie prosiaków, Porfyr ucieka do sklepu. Świnia.” (str. 110) Czyli chłopcy naśladowali prosiaki, a że Porfyr jest świnia, zawstydził się i uciekł do sklepu. Logiczne? Logiczne. Życiowe? Niezupełnie, bo autor opisał inną sytuację: „odważamy się na głośne jęki za jego plecami, wulgarne dyszenie, brzmi to bardziej jak chrząkanie prosiaków, ale co tam, Porfyr ucieka do sklepu. Świnia.”
Fragmenty, powiedzmy, erotyczne w ogóle sprawiają tłumaczce kłopoty. Pewną popularną, acz intymną czynność chłopcy nazywają w jej wersji „waleniem konika” (str. 25). Może Elżbieta Jasińska-Brunnberg doszła do wniosku, że jak chłopcy mają małe penisy, to walą właśnie konika? Do tej części ciała tłumaczka generalnie nie ma szczęścia. W scenie wymuszenia pieniędzy łobuz opierającemu się koledze grozi: „Jak nie będziesz współpracował to skopię cię tak aż ci żywica popłynie!” (str. 175/176, interpunkcja podwójnie oryginalna). Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg nie zastanowił poetycki język początkującego bandyty, a powinien, bo w oryginale groźba brzmi „skopię cię tak, że ci kutas odleci”. Tłumaczka pomyliła słowo kåda (żywica) ze slangowym kådd (kutas).
Kolejnym błędem są liczne nieuzasadnione opuszczenia. Na przykład na stronie 300 tłumaczka pomija fragment charakterystyki klasowej piękności. Pomija również grę słów, ale zostawia nawiązania do niej, przez co polski tekst staje się mało zrozumiały (str. 54, 75). W scenie spotkania Johana z ojcem ten ostatni mówi: „Jak się widzieliśmy ostatnio byłeś taki.” Potem „pokazuje dwadzieścia centymetrów” (str. 75, interpunkcja podwójnie oryginalna). Elżbieta Jasińska-Brunnberg nie ujawnia nam, czego dwadzieścia centymetrów pokazuje (może konika?). W oryginale jest to długość odpowiadająca ośmiocalowemu gwoździowi. Nie bez kozery, bo ojciec Johana handluje materiałami budowlanymi i narrator go w ten sposób charakteryzuje.
Imponująca jest wiedza sportowa Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg. Chłopcy grający w piłkę na podwórku stosują „tackling”, a nie grę ciałem (str. 19) i krzyczą „offside” zamiast „spalony”, a piłka wypada oczywiście na „out” (str.21); w USA uprawia się sport zwany amerykańską piłką nożną (str. 304), bo to przecież amerykański fotboll, a Malmö FF pokonuje Wisłę Kraków w Mistrzostwach Europy (str. 253), gdy tymczasem kluby toczyły rozgrywki w Pucharze Europy.
Pierwszy raz nazwa „MFF” pojawia się na stronie 28, w takiej właśnie, nierozwiniętej formie. A szkoda, bo była doskonała okazja, żeby poinformować polskiego czytelnika, gdzie toczy się akcja powieści. Nazwy ulic czy dzielnic nic polskiemu czytelnikowi nie mówią. Nazwa miasta jest wprawdzie wcześniej (str. 8) w nazwie fabryki, w której pracuje mama Johana, ale tłumaczka ją pominęła. Nazwy MFF Elżbieta Jasińska-Brunnberg nie rozwija, bo i po co, każdy wie, że to Malmö FF. Natomiast nie każdy wie, że Puchar Davisa rozgrywany jest w tenisie i tę informację tłumaczka dodaje (str. 103), bo w oryginale próżno szukać wyjaśnienia.
Konia z rzędem temu, kto na podstawie polskiej wersji zrekonstruuje szkolną karierę rodzeństwa Kraftów. Na stronie 42 dowiadujemy się, że Monika chodzi do gimnazjum. W oryginale jest to högstadiet, czyli 7-9 klasa podstawówki. Wziąwszy jednak pod uwagę, że wiekowo odpowiada to polskiemu gimnazjum, a na dodatek z tekstu powieści wynika, że owo högstadiet mieści się w innym budynku, tłumaczenie należy uznać za dobre. Szkopuł w tym, że na stronie 102 Monika nadal chodzi do gimnazjum, gdy w szwedzkim oryginale jest to już gymnasiet, czyli liceum. Tłumaczka nie zwraca uwagi na tę różnicę, nawet gdy ma ją na jednej stronie (299). Johan opisuje, jak zmienił swoje zachowanie po rozpoczęciu gimnazjum (liceum), bo przyrzekł to sobie jeszcze w gimnazjum (ostatnich klasach szkoły podstawowej).
Elżbieta Jasińska-Brunnberg jest tłumaczką nie tylko nieudolną, ale i niechlujną. Lasse wjeżdża windą nie na siódme piętro (str. 12) tylko na siedemnaste, ojciec Janisa ma koszulę rozpiętą do pępka, a nie zapiętą pod szyją (str. 13), Rolle umie po rosyjsku tylko cztery pierwsze wersy Międzynarodówki, a nie całe cztery strofy (str. 54), hokejowe treningi Bernta mają zacząć się dopiero po Trzech Króli, gdy tymczasem, zdaniem tłumaczki, trwają już od Wszystkich Świętych (str. 67), Monika z Annelie nie jedzą zielonych kiwi (str. 294), tylko piją wino zrobione z tych owoców, i tak dalej.
Wystarczy otworzyć niemal dowolny akapit, by natknąć się na fatalną polszczyznę. Całe fragmenty są przetłumaczone tak bełkotliwie, że stają się niezrozumiałe. „Robimy jeszcze jeden obchód przed zamknięciem” (str. 231) ma oznaczać „przyjeżdżamy jeszcze raz [do sklepu]”. Bohaterowie, mówiący u Flygta soczystym, żywym, zróżnicowanym językiem, w wersji Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg posługują się drętwą mową ze scenariusza telenoweli. „Moniko, ależ gratulacje!” (str. 233) jest spontanicznym okrzykiem radości matki, że córka dostała się na medycynę. Co rusz natykamy się na przekłamania w stosunku do oryginału, rażące błędy (wymienione nie są oczywiście wszystkimi, pełna lista byłaby nader obszerna) powodują, że człowiek ma ochotę, tak jak bohaterowie, kupić „sześć paczek piwa” (sześciopak! pani Jasińska, sześciopak!) i urżnąć się z rozpaczy.
Zastanawia też lekceważenie czytelnika przez, zdawałoby się, renomowane wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Nie wydało ono szwedzkiego tytułu przypadkowo, czyni to programowo w serii „Terytoria Skandynawii”. Tymczasem przekład tak ważnej pozycji zleciło tłumaczce, której kwalifikacji w ogóle nie sprawdziło - dowolna próbka tekstu pokazałaby, że Elżbieta Jasińska-Brunnberg do tłumaczenia „Underdoga” nadaje się jak Pigmej do budowy igloo - i skopany przekład (tak że aż żywica płynie) bez redakcji i korekty udostępniło czytelnikom.



Postscriptum

Po opublikowaniu powyższej krytyki odezwali się liczni obrońcy wydawnictwa słowo/obraz terytoria i tłumaczki Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, którzy merytorycznej polemiki na temat tłumaczenia „Underdoga” wprawdzie nie podjęli (wydawnictwo i tłumaczka zresztą też nie), ale uznali, że sprawa nie jest przegrana i metodą ad personam można spróbować udowodnić, że wcale nie mamy do czynienia z wydawniczym i tłumaczeniowym skandalem. Quasi-argumenty owych obrońców są następujące:

1) Paweł Pollak sam chciał tłumaczyć „Underdoga” i teraz rozżalony odgrywa się na tłumaczce

Teza ta nie jest formułowana jako przypuszczenie, tylko jako niezbity fakt, co świadczy o tym, że nie formułują jej ludzie, którzy nie wierzą, że chęć zdemaskowania fuszerki może być jedynym i wystarczającym powodem krytyki, tylko osoby, hm, powiedzmy, emocjonalnie związane z wydawnictwem lub tłumaczką. Wskazanie niskich pobudek jest skuteczną metodą dezawuowania przeciwnika. Oszczercy nie troszczą się oczywiście o przytoczenie choćby skrawka dowodu, „zapominają” podać, w jakim to wydawnictwie złożyłem maszynopis swojego tłumaczenia „Underdoga”, doskonale wiedzą, że moje zaprzeczenia będą równie gołosłowne, jak ich oskarżenia, ale komunikat w świat pójdzie: krytyka podyktowana jest zawiścią.
Przyjmijmy jednak, iż rzeczywiście Elżbieta Jasińska-Brunnberg wygrała ze mną rywalizację o prawo do tłumaczenia „Underdoga”. Co stało na przeszkodzie, by przetłumaczyła tę książkę znakomicie lub choćby poprawnie? Czy oszczercy wyobrażają sobie, że sporządziłem kukiełkę pani Jasińskiej-Brunnberg i kiedy ta chciała poprawnie przetłumaczyć svärdbärare jako „mieczyk”, ja, buch, igłą w oko, zatkałem synapsy i tłumaczce wyszła „rybka piła”? Czy sugerują, że tłumaczka doskonale wie, że w polskim tekście nie stosuje się szwedzkiej interpunkcji, ale że kłułem kukiełkę w dupkę, doznała zaćmienia? I co insynuowana mi zawiść wnosi do meritum? Czy wskazane przeze mnie błędy nie są błędami, bo wytknęła je „niewłaściwa” osoba?

2) Krytyka Pawła Pollaka jest podyktowana jego prywatnymi animozjami do tłumaczki

Ten zarzut postawili pewien pisarz i pewna tłumaczka (pewien, pewna, bo nie mają odwagi wygłosić swojej krytyki pod nazwiskiem). Nie zadali sobie wprawdzie trudu, żeby wskazać choćby jeden cytat z mojej krytyki uzasadniający postawienie tego zarzutu (i takiego cytatu by nie znaleźli, krytykuję efekt pracy Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, którą, wydając tłumaczenie, poddała publicznej ocenie, a nie osobiste cechy jej charakteru - osobiście pani Jasińskiej-Brunnberg nie znam), za to nie ukrywali swoich prywatnych animozji do mojej osoby. Pisarz napisał, że porównałby mnie do pewnego zwierzęcia, ale nie porówna, bo by je obraził, co niech świadczy o poziomie tego pana (pisarz mnie nie cierpi, bo uraziłem jego mocno wybujałą miłość własną, wykazując jego ignorancję w kwestii umów wydawniczych). Tłumaczka okazała się bardziej subtelna i znalazła „dowód”, że pani Jasińskiej-Brunnberg nie znoszę. Otóż swego czasu poddałem analizie tłumaczenie opisu meczu piłki nożnej właśnie z „Underdoga”, żeby pokazać, że tłumacz musi „widzieć” sytuację. Ponieważ autorka przekładu nie miała pojęcia o zasadach gry, powychodziły nonsensy. Tłumaczka uznała, że ów inkryminowany fragment również przełożyła pani Jasińska-Brunnberg, i na tej podstawie sformułowała wniosek, że na panią Jasińską-Brunnberg się uwziąłem. Wystarczyłoby oczywiście sięgnąć do książki i nawet pobieżne porównanie pokazałoby, że mamy do czynienia z tekstami tłumaczonymi przez dwie różne osoby (nazwiska tej drugiej nie ujawniałem, bo w przeciwieństwie do Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg nie poddała swojej pracy publicznej ocenie, przekład wykonała na warsztatach), ale po co? Prościej obrzucić kogoś błotem, zawsze coś się przylepi.

3) Paweł Pollak pracuje dla konkurencyjnego wydawnictwa i w związku z tym jest stronniczy

Nie napisałem, że jako autor iluś tam przekładów autorytatywnie stwierdzam, że tłumaczenie Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg jest do kitu. Wskazuję konkretne błędy, a większość moich zarzutów można zweryfikować bez znajomości szwedzkiego. Poza tym przekład literacki jest dziedziną praktyczną, a nie teoretyczną, stąd wiedzą niezbędną do oceny przekładu dysponuje tylko praktykujący tłumacz, a ten zawsze będzie pracował dla jakiegoś wydawnictwa. Ale można też spojrzeć na to inaczej: nie tylko pracuję dla innego wydawnictwa, ale i prowadzę własne, co daje mi pełną niezależność. Nie wiszę u klamki wydawnictwa słowo/obraz terytoria i nie jestem zmuszony do zamykania oczu na buble produkowane przez to wydawnictwo, w nadziei, że zechcą zlecić mi jakiś przekład.
Co do niszczenia konkurencji, to wbrew pozorom na dobrych przekładach innych tłumaczy czy wydawnictw mogę tylko zyskać. Bo to nie jest tak, że czytelnik przeznacza trzydzieści zł na szwedzką książkę i kupi tylko jedną. Jak ta jedna mu się spodoba, to jest duża szansa, że sięgnie po następne z literatury szwedzkiej, jak się zrazi, duże ryzyko, że zniechęci się również do innych szwedzkich tytułów.

4) Każdy przekład jest autorski i każdy tłumacz popełnia błędy, Paweł Pollak też

To prawdziwe skądinąd twierdzenie użyte w obronie fuszerki odstawionej przez Elżbietę Jasińską-Brunnberg dezawuuje pracę setek rzetelnych i kompetentnych tłumaczy. Bo nagle okazuje się, że nie ma złych i dobrych przekładów, są tylko autorskie, i bez znaczenia jest, czy tłumacz zrobił trzy błędy na całą książkę, czy po dziesięć na stronie, i jakie są to błędy. Nagle okazuje się, że niektórzy tłumacze bez sensu ślęczą nad słownikami, szukając właściwych odpowiedników, kiedy można brać je z sufitu. Bez sensu szlifują styl i język, nieraz godzinami szukając idealnie pasujących sformułowań, kiedy można tłumaczyć kaleką polszczyzną. Bez sensu wydawnictwa domagają się próbek, skoro tłumaczem doskonale może być osoba słabo znająca język oryginału, a docelowy jeszcze gorzej.
Elżbieta Jasińska-Brunnberg przekłada również literaturę polską na szwedzki (o Boże!). Rozumiem, że zdaniem jej obrońców w przekładzie „W pustyni i w puszczy” ma pełne prawo (wskutek niechlujstwa czy ignorancji) przenieść akcję do Azji, a Stasia postawić oko w oko nie z lwem, tylko z mamutem. Skoro każdy przekład jest autorski, a świat przedstawiony obojętny... Skoro w akwarium w szwedzkim mieszkaniu może pływać ryba piła, to dlaczego Staś nie może strzelać do mamuta w Afryce, pardon, w Azji?
I za tak spreparowany przekład należałby się jej Transatlantyk, a Bodegård powinien nagrodę oddać, no bo skoro wszystkie przekłady są równorzędne, to jasne jak słońce, że dostał ją dzięki układom, a nie dlatego, że jego przekłady są lepsze od innych.



Do strony głównej