RECENZJE
Anna-Karin Palm „Córki malarzy”
POWIEŚĆ JAK MALARSKIE PŁÓTNO
Akcja „Córek malarzy” toczy się dwutorowo.
Matka Marii i Martina otrzymuje z Anglii przesyłkę z obrazem namalowanym przez męża, który porzucił ją, kiedy dzieci były jeszcze małe. Dla Marii i Martina stanowi to impuls do wyruszenia na poszukiwania ojca.
Mniej więcej sto lat wcześniej, pod koniec XIX w., na angielskiej prowincji dorasta Laura. Jej ojciec też jest malarzem.
Opowieść o tym jak Maria i Martin podążają śladami ojca, przeplata się z opowieścią o życiu Laury. Czytelnik domyśla się, że musi istnieć jakiś związek między tymi postaciami, ale dość długo nie wie jaki.
„Córki malarzy” to piękna, epicka opowieść. Starannie wyważona relacja między partiami opisowymi a posuwającymi akcję naprzód sprawia, że książka jest ciekawa, ale czyta się ją powoli, smakując piękno angielskich krajobrazów, atmosferę prowincji, wiosek, nadmorskich miasteczek, Londynu, ukazaną w prawdziwie plastyczny sposób.
Szybkiej lekturze nie sprzyja też ogromny ładunek emocjonalny powieści: dla obojga rodzeństwa podróż na Wyspy stanowi swego rodzaju terapię po odejściu ojca (ich najmłodsza siostra, Jessica, poradziła sobie z tym lepiej i nie wzięła udziału w wyprawie). Dla Marii jest to okazja do rozrachunku z własnym życiem, do spojrzenia na nie z innej perspektywy.
Dla obu bohaterek, Marii i Laury, ojciec jest centralną postacią w ich życiu. Nietypowa konstrukcja powieści pozwala przyjrzeć się i porównać, jak miłość do ojca, jego postępowanie wpłynęły na ich życie: Maria została opuszczona przez ojca w dzieciństwie, Laura była z ojcem aż do jego śmierci, znajdowała się pod jego przemożnym wpływem.
I szkoda tylko, że w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu: oryginalny tytuł powieści brzmi „Córki malarza”. Polski wydawca najwyraźniej nie domyślił się, że autorka stapiając w tytule dwie postaci w jedną, chciała coś wyrazić, i uznał, że pomyliła się w liczeniu swoich bohaterów.
Liza Marklund „Studio sex”
MOC WESTCHNIEŃ
Akcja rozgrywa się osiem lat przed wydarzeniami opisanymi w „Rewanżu”. W sztokholmskim parku zostają odnalezione zwłoki dziewiętnastoletniej striptizerki Josefin Liljeberg. Annika Bengtzon, zatrudniona na letnie zastępstwo w gazecie „Kvällspressen”, opisuje te sprawę. Podejrzanymi są chłopak Josefin, właściciel klubu, w którym występowała, oraz minister, który - jak wynika z odnalezionego przez dziennikarzy rachunku - odwiedził ten klub w noc morderstwa. Minister podaje się do dymisji, żeby nie szkodzić swojej partii w kampanii wyborczej. Annika odkrywa jednak, że socjaldemokratyczny polityk ma niepodważalne alibi, wcale nie był w klubie, a za granicą. Skoro jednak woli uchodzić za podejrzanego o morderstwo, oznacza to, że ujawnienie prawdy o wyjeździe byłoby znacznie gorsze. Annika idzie tym tropem.
Ten wątek jest jedyną zaletą książki. Czytelnik ma wszystkie elementy łamigłówki, które układają się w zaskakującą całość, a Marklund podobnie jak w „Rewanżu” znowu ładnie łączy fikcję z rzeczywistymi wydarzeniami, afera, której pokłosiem są wydarzenia opisane w powieści, polegająca na rejestrowaniu i szykanowaniu osób o odmiennych poglądach, a zwłaszcza komunistów - rzeczywiście miała w Szwecji miejsce.
Poza tym powieść jest słabiutka, właściwy wątek zabójstwa staje się wątkiem pobocznym (rzecz jak na powieść kryminalną co najmniej dziwna), szwankuje psychologia postaci (autorka usiłuje nam wmówić, że dziewczyna pełna tupetu, potrafiąca wziąć sprawy w swoje ręce, dyrygująca mężczyznami w pracy, doskonale znająca mechanizm maltretowania, przez cztery lata nie potrafiła uwolnić się od chłopaka bijącego ją niemal na śmierć), Marklund nachalnie prezentuje nam własne poglądy, a ubogość języka pisarki jest porażająca (bohaterowie regularnie wzdychają i jęczą, na przemian to głośno, to w duchu.)
Zbyt dużo rzeczy dzieje się w powieści przypadkiem. Annika dzwoni tylko do jednej sąsiadki zamordowanej i przypadkiem jest to kobieta, która da ministrowi alibi. Babcia Anniki pracuje przypadkiem w letniej rezydencji premiera, więc Annika dowiaduje się, że minister tam się ukrywa. Annika szuka rachunku za bilet lotniczy ministra (rachunku nie ma w ministerstwie, gdzie powinien być) i przypadkiem udaje się od razu do właściwej instytucji.
Opis zachowań głównej bohaterki musi śmieszyć. Annika na drobne niepowodzenia czy krytykę reaguje wymiotami, regularnie robi się jej ciemno przed oczami, chwieje się pod nią podłoga itd. Czytelnik musi dojść do niechybnego wniosku, że ma do czynienia z narkomanką. Poza tym Marklund nie może się zdecydować, czy Annika jest zahukaną dziewczyną z prowincji, która stara się zrobić karierę w Sztokholmie, czy przebojową, pewną siebie kobietą, dla której kariera w Sztokholmie stanowi naturalny, następny krok po kilku latach pracy w lokalnej gazecie. Niezrozumiałe jest też przywiązanie Anniki do „Kvällspressen”. Nie dostaje etatu w tej gazecie, ale nie próbuje starać się o pracę w innej. Prowadzi dalej dziennikarskie śledztwo na własną rękę, a odkrywszy cel wyjazdu ministra, udaje się z powrotem do „Kvällspressen”. Kiedy redaktor odmawia opublikowania jej materiału, potulnie zgadza się z jego argumentami, zamiast spróbować szczęścia z bombowym materiałem w innej gazecie, i prosi o pracę, po czym zadowala się stanowiskiem korektora.
Opis pracy redakcji „Kvällspressen” - będący niewątpliwą zaletą „Rewanżu” - teraz musi znudzić, skoro Marklund opisuje dokładnie te same triki i sytuacje (np. sztuczka z omijaniem centrali telefonicznej, poszukiwanie osób w rejestrze Dafa). Studio 6 przedstawione jest jako wyjątkowo nierzetelna audycja, której dziennikarze nie sprawdzają informacji, bez powodu atakują innych dziennikarzy (konkretnie Annikę), zapraszają do studia wątpliwej konduity ekspertów. Przy tym wszystkim Studio 6 jest audycją opiniotwórczą, słuchaną przez wszystkich z branży. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że takie nieprawdopodobne zestawienie jest wynikiem kompleksów Marklund, która jako dziennikarka wieczorówki uporczywie lansuje pogląd, że popołudniówki niesłusznie uważane są za gorsze od tak zwanej poważnej prasy. Innym konikiem Marklund jest feminizm, a raczej jego tramwajowa odmiana: zdaniem pisarki jeśli kobieta odnosi sukces, zawdzięcza to własnej przebojowości i inteligencji, jeśli mężczyzna - układom.
„Studio sex” sprawia z początku wrażenie powieści napisanej na fali sukcesu „Rewanżu” na wzór drugich części kasowych filmów, a efekt jest równie kiepski. Po uważnej lekturze można jednak nabrać podejrzeń, że „Studio sex” zostało napisane wcześniej, tyle że nie znalazło wydawcy. Wskazuje na to nie tylko chronologia (bo z jakiego powodu Marklund opisuje wcześniejsze, a nie późniejsze losy bohaterki?), lecz dwa fragmenty z „Rewanżu”, które nie wydają się nic nieznaczącym wypełniaczem, rozbudowanym przez autorkę w następnej powieści, lecz odniesieniem do dobrze znanych wydarzeń. Pierwszy to opis snu, w którym Annikę obserwują redaktorzy z audycji Studio 6 (teraz można się dowiedzieć, dlaczego się w ogóle Annice śnią), drugi to informacja, że Annika zabiła człowieka - informacja podana w „Rewanżu” dwukrotnie, w różnych sytuacjach.
I jeszcze na koniec taka uwaga, że wydawnictwo Santorski chyba nie do końca ma pojęcie o dorobku pisarki, jaką wydaje. Z noty na okładce można się dowiedzieć, że jest ona autorką książki „The Bomber” i „wydanego w Polsce 'Rewanżu'”. Tymczasem „The Bomber” to angielski tytuł „Rewanżu”.
Hjalmar Söderberg „Opowiastki”
SZTOKHOLMSKIE MINIATURKI
Hjalmar Söderberg, autor „Niebłahych igraszek” i „Doktora Glasa”, to szwedzki mistrz krótkiej formy narracyjnej. Jego „Opowiastki” to z jednej strony literackie miniaturki sprawiające wrażenie napisanych „ot tak”, dla siebie, ale z drugiej - utwory przemyślane i niosące w sobie uniwersalną egzystencjalną głębię. „Opowiastki” zawierają dwadzieścia opowiadań, których tematyka, jak na tak krótką formę prozatorską, jest dość rozległa: od wspomnień z dzieciństwa, przez literacką analizę snów, po rodzajowe scenki z życia mieszkańców Sztokholmu. Punktem wyjścia opowiadań wydaje się uporczywe i zwodnicze szukanie sensu życia, badanie postawy człowieka wobec śmierci i wieczności zgodnie z koncepcją woli życia Schopenhauera: Nie wiem, czy kocham życie, czy go nienawidzę, ale czepiam się życia całą swoją wolą i wszystkimi pragnieniami. Nie chcę umrzeć. Nie, nie chcę umrzeć - ani dzisiaj, ani jutro, ani w tym roku, ani w przyszłym („Cień”).
Narrator tych krótkich opowiadanek zdaje się jedną i tą samą osobą, która z ciekawością, zdumieniem i nieukrywaną melancholią kontempluje otaczający ją świat zewnętrzny, ale też przeżywa intensywnie to, co dzieje się w niej samej i co pojawia się w jej snach. W miniaturkach Söderberga smutek łączy się ze śmiechem; tak jak w opowiadaniu „Futro”, gdzie bohater wracający z pracy zostaje pocałowany w ciemności przez żonę, która zwraca się do niego imieniem innego mężczyzny. Bohaterowie tych opowiadań dyskutują ze sobą na filozoficzne tematy, podróżują po Europie, wpadają na siebie znienacka lub też padają ofiarami dziwnych zbiegów okoliczności. Pozornie banalne zdarzenia opisane w „Opowiastkach” skłaniają do głębszych refleksji, popychają ku zadumie nad samym sobą i nad światem, który w tych opowiadaniach przechodzi czasami w senną wizję (Moje życie ma kontury snu i osobliwie rozmazane kolory - „Splin”). Mikroświaty Söderberga kuszą swoimi tajemnicami, niedopowiedzeniami i chłodem, raz skąpanych w deszczu, raz znów ośnieżonych, sztokholmskich ulic.
Historyjki z „Opowiastek” z każdym nowym opowiadaniem nabierają coraz bardziej pesymistycznej wymowy. Świat staje się coraz bardziej wrogi, przerażający. Nadzieję niesie możliwość ponownego zmierzenia się z rzeczywistością, bo tam ciągle jeszcze może rodzić się w nas desperacka chęć odnalezienia jakiegoś sensu i piękna, choćby w tak ulotnych wrażeniach, jak smak niebanalnie pysznego karczocha.
Henning Mankell „Morderca bez twarzy”
W OKRĘGU YSTAD POPEŁNIONO BRUTALNE MORDERSTWO
„Morderca bez twarzy” jest pierwszą częścią przygód komisarza Kurta Wallandera. Akcja książki toczy się w roku 1990 w szwedzkiej Skanii. Kurta Wallandera poznajemy z dwóch stron. Jako policjanta i zwykłego człowieka.
Jako cywil jest zwykłym obywatelem borykającym się na co dzień ze swoimi problemami. Niedawno rozwiódł się z żoną. Nie może odnaleźć się w nowej sytuacji. Dodatkowo opuściła go córka, z którą nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Podobnie nie jest w stanie dotrzeć do swego ojca, który od dwudziestu lat nie umie zaakceptować jego wstąpienia do policji. Ciągły stres, pogłębiająca się choroba ojca, wyrzuty sumienia powodują, że zbyt często i chętnie sięga po alkohol.
Jako policjant nie jest jednak żadnym super bohaterem. Nie rozwiązuje też zagadek siedząc przed kominkiem, w skupieniu pykając fajeczkę. Śledztwo dla niego to po prostu rutynowa, często żmudna robota. Jest w tym bardzo dokładny, skrupulatny, wszystko musi zrobić sam. Jeśli ma wybór, zostać w gabinecie lub wyjść w teren, deszcz i skańską późną jesień, wybiera to drugie. W żaden sposób nie przypomina policjantów z „Miami Vice” tarzających się po trawie w wiecznie białych garniturach. Często brudny, nieogolony i prawie zawsze posiniaczony, potłuczony i mokry. Jest realistą. Zna swoje możliwości. Wyznaje zasadę, że „jest czas życia i czas śmierci”.
Na początku stycznia Kurt Wallander zostaje wezwany do bestialskiego morderstwa. Zamordowanych zostało dwoje, na pierwszy rzut oka zupełnie niewinnych staruszków. Zabici mąż i żona przed śmiercią zostali poddani brutalnym torturom. Kobieta tuż przed śmiercią w szpitalu zdołała kilka razy wyszeptać jedno słowo: zagraniczny. Podejrzenie pada na imigrantów.
W książce przedstawiono Szwecję otwartych granic początku lat dziewięćdziesiątych. Prowadzona polityka pozwala na to, że praktycznie każdy może wjechać do Szwecji. Mankell opisuje bezradność urzędów i urzędników imigracyjnych, służb granicznych i policji. To nie podoba się części Szwedów. Rasizm i nacjonalizm wywołują kolejne konflikty. Kurt Wallander także nie jest wolny od wątpliwości. Pomimo tego, że co noc śni erotyczne sny z czarnoskórą kobietą w roli głównej, to nie podoba mu się, że jego córka spotyka się z Afrykaninem. Niektóre argumenty nacjonalistów wydają mu się nawet rozsądne. Szczególnie postulaty dotyczące weryfikacji tożsamości i przeszłości starających się o azyl.
To nie jest pierwsza przeczytana przeze mnie książka Mankella i na pewno nie ostatnia. Książki tego autora stanowią w moim odczuciu zupełnie odrębny styl kryminałów. Jego bohater jest zwykłym człowiekiem. Jest nieskomplikowany. Potrafi płakać, upić się i być nieodpowiedzialny. Wiemy, że uderzył żonę, ale chwila ich konfrontacji budzi mieszane uczucia. Czas w książkach Mankella biegnie wolno. Powoli mijają dni i godziny. Śledztwo się rozpoczyna, nabiera tempa, zatrzymuje się w martwym punkcie, by po roku coś drgnęło. Ten czas wpływa także na bohaterów. Dojrzewają do pewnych rzeczy, chorują, zapominają. Często, jak w życiu, czas i ślepy traf przynoszą rozwiązania. Wszystkim lubiącym kryminały gorąco polecam tę pozycję.
Sara Stridsberg „Happy Sally”
ZA JAKĄ CENĘ?
„Happy Sally” jest książką o determinacji człowieka, jego obsesji i marzeniach. To wszystko w oprawie ludzkich tragedii i traumatycznych przeżyć. Fabuła zbudowana jest z trzech przeplatających się narracji.
Tytułowa Happy Sally - Sally Bauer, postać autentyczna - jest szwedzką pływaczką. Poznajemy jej życie, przemyślenia i osiągnięcia z napisanych przez nią (a tak naprawdę przez autorkę) pamiętników. Sally jest twardą i nieugiętą kobietą, która wie, czego chce, i dąży nieustannie do wyznaczonego celu. Jest także na swój sposób wrażliwa. Obdarza gorącym uczuciem swą przyjaciółkę Marguerite. Działania pływaczki, prowadzące do osiągnięcia wyznaczonego celu za wszelką cenę, stanowią jednak kres ich związku.
Ellen to żona, matka i przede wszystkim pływaczka. Jej życiem kieruje obsesja, by powtórzyć wyczyn Sally Bauer i przepłynąć kanał La Manche. W chwilach, gdy nie pływa, zamyka się we własnym świecie, w którym są tylko One dwie. Z dziećmi może rozmawiać tylko o Happy Sally. Z mężem żyjącym własną obsesją w ogóle nie ma wspólnego języka. Niestety podjęta próba przepłynięcia kanału kończy się niepowodzeniem. Ellen popada w głęboką depresję.
Trzecią i główną narratorką jest córka Ellen. Jako dorosła kobieta zjawia się w Dover, gdzie jej matka i Happy Sally miały zakończyć próbę przepłynięcia La Manche. Przez miesiąc obserwując wodę próbuje zrozumieć obsesję obu pływaczek. Przypomina sobie matkę przed podjęciem wyzwania, w trakcie walki z kanałem i tuż po, podczas podróży jachtem do USA. Wspomina traumatyczne przeżycia po jej samobójstwie. Zachowanie młodszego brata i ojca. Z jej wspomnień przebija żal za utraconą miłością matki, nieumiejętność zbliżenia się do niej i niezrozumienie motywów, którymi się kierowała. W chwili próby córka chce, aby Ellen się nie powiodło. Wywołuje to późniejsze samoobwinianie się o śmierć matki.
Książka ukazuje nam całe spektrum zachowań, marzeń i obsesji. Zawiera także bogaty opis ludzkiej tragedii, zawiedzionych nadziei, tęsknoty za miłością i odrobiną ciepła drugiego człowieka. Pokazuje nam, jak życie może być brutalne. „Happy Sally” nie jest lekką, miłą i przyjemną w odbiorze lekturą. Warto jednak po nią sięgnąć, by przekonać się, do czego może doprowadzić i jak silna może być obsesja człowieka.
Hjalmar Söderberg „Niebłahe igraszki”
RAZ SZTOKHOLM...
Odkryłem go minionej wiosny.
Hjalmara Söderberga - pisarza (i dziennikarza!), który spacerował po ulicach Sztokholmu sto lat przed nami.
Sięgnąłem po „Niebłahe igraszki” na początku czerwca, po okresie własnych niebłahych igraszek.
I od razu mnie pochłonęły.
Söderberg jest taki prosty i klarowny. Opowiada swoją historię bez rozbudowanych środków. A zarazem w książce roi się od ciekawych charakterów i trafnych opisów na tle współczesności.
Współczesności aktualnej też dziś.
Jest w tej książce pociecha. Ludzie sprzed stu lat zachowaniem nie różną się zbytnio od nas. Ta sama pogoń za miłością. Ta sama pogoń za karierą. Te same uniesienia.
Młodzi mężczyźni zabawiają się w restauracjach przy Stureplan i Tegelbacken. Obmawiają kolegów. Oglądają się za dziewczynami. Dokładnie tak jak dziś.
Lecz przede wszystkim jest to powieść o zgubnej miłości. Między głównym bohaterem, Arvidem a jego Lydią Stille. Miłości na całe życie, namiętnej, smutnej.
Dokładnie tak jak dziś.
Na stoliku z książkami na Drottninggatan znalazłem w niedzielę jego debiutancką powieść „Zabłąkania”. Kupiłem za dziesięć koron i zacząłem czytać już w metrze.
I znowu wsiąkłem.
Nie ma tej siły co „Niebłahe igraszki”. Ale to ten sam Sztokholm. Ta sama galeria charakterów. Ta sama... powiedzmy, dekadencja? Söderberg nazywa to zabłąkaniami i właściwie na jedno wychodzi.
Różnica między hotelem Rydberg końca XIX wieku a Małym Barem w Riche wydają się marginalne.
Raz Sztokholm, zawsze Sztokholm.
Majgull Axelsson „Kwietniowa czarownica”
CZYM JEST ŻYCIE?
Dawno już nie miałem w ręku książki tego formatu. Zastanawiałem się dość długo, czy znam jakiś inny tytuł, do którego można by przyrównać „Kwietniową czarownicę”, ale żaden nie przyszedł mi do głowy. Ta powieść jest tak wielowątkowa że trudno ją konkretnie zaklasyfikować. Opowiada o brutalności życia, braku sprawiedliwości, macierzyństwie, różnorodności ludzkich ambicji, stosunku do Boga. Ukazuje przekrój szwedzkiego społeczeństwa, doskonale opisuje szwedzką opiekę społeczną i drogę, jaką ewoluowało podejście Szwedów do niepełnosprawnych - a w szczególności do chorych psychicznie - i opieki paliatywnej.
Głównymi bohaterkami są cztery siostry. Opowiadają historię swojego życia pełną nadziei i oczekiwań.
Desiree, tytułowa kwietniowa czarownica, jest kaleką od urodzenia. Urazy okołoporodowe i choroby matki sprawiają, że przychodzi na świat z epilepsją i porażeniem mózgowym. Pomimo postępującej choroby, która przykuwa ją do łóżka, pozwalając jej tylko patrzeć i oddychać, jest żądna wiedzy i doznań informacji. W zdobywaniu ich pomaga jej niezwykły talent, który odkrywa na pewnym etapie życia: umie się przemieszczać, wcielając się w ludzi i zwierzęta. Potrafi być mściwa, złośliwa i pamiętliwa - ma powód, by nienawidzić swoje siostry. Przy tym jest jednak także bardzo wrażliwa, rozmarzona i zakochana.
Christina jest lekarką. Wykonuje zawód, o jakim zawsze marzyła. Jest pedantyczna, rozważna, zawsze konkretna. Przynajmniej taka wydaje się na pierwszy rzut oka. Sama zdaje sobie jednak dobrze sprawę, że w środku w dalszym ciągu jest małą, wystraszoną dziewczynką.
Margareta to fizyk z wyboru. Nie ma przekonania do swojego zajęcia. Często zastanawia się nad zupełnie niefizycznymi aspektami życia. Jej własne zostało w całości zdominowane przez o wiele starszych mężczyzn, a jej związki cechuje tymczasowość. Czuje, że na pewnym etapie życia coś utraciła. Próbuje wrócić myślą do tego momentu, ale w końcu boleśnie zdaje sobie sprawę, że czasu nie da się cofnąć.
Birgitta z kolei nie darzy życia żadnymi cieplejszymi uczuciami. Zwłaszcza swojego. Jest zdemoralizowana i aspołeczna, żywi urazę do całego świata, a w szczególności do swoich sióstr. Winą za swój alkoholizm i narkomanię obarcza Christinę i Margaretę. Kolejnym winnym na jej liście jest społeczeństwo wraz z całym systemem opieki socjalnej.
Wszystkie siostry łączy osoba Ellen - rodzona matka Desiree, przybrana trzech pozostałych sióstr. Ellen została także brutalnie potraktowana przez Boga - „Wielkiego Dowcipnisia”. Czas powojennego głodu nadszarpnął jej zdrowie. Później niemal jednocześnie traci męża i Desiree. Mimo tego jest pogodną i ciepłą osobą, lubianą przez wszystkich.
Kolejną bardzo ważną postacią jest doktor Hubertsson, lekarz Desiree. To za jego sprawą cała historia nabiera rumieńców. Jest katalizatorem wyzwalającym reakcję łańcuchową.
Przy brutalnym realizmie książka przesycona jest duchowością. Dokładnie śledzimy myśli i marzenia bohaterów. Dzielimy z nimi upadki i wzloty. Czyta się „Kwietniową czarownicę” w ciągłym oczekiwaniu na kolejne zdanie.
Mnie ten tytuł zachwycił. Nie znajdziemy tam odpowiedzi na pytanie „Być czy nie być?”, ale na pewno przez wiele dni nasze myśli będą wracać do poszczególnych scen i zmuszać nas do zastanowienia się nad sensem życia, jego jakością, sposobem jego przeżycia i czym ono właściwie jest. Książka ta uwrażliwia. Otwiera oczy na sytuację społeczną i los ludzi niepełnosprawnych, samotnych i pokrzywdzonych na wiele innych sposobów. Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem powyżej, nawet w części nie oddaje zawartości stron „Kwietniowej czarownicy”, dlatego wszystkich gorąco zachęcam do jej lektury.
OPOWIEŚĆ O ZŁYM DZIECIŃSTWIE
„Zło” Jana Guillou to książka naprawdę przerażająca i pobudzająca do refleksji. Czyta się ją zarówno z obrzydzeniem do opisywanych w niej wydarzeń, jak i ciągle zadając sobie pytanie: czy tak naprawdę jest? Główny bohater powieści Guillou często powtarza, iż Przemoc tkwi w głowach,(...) a nie w zaciśniętych pięściach, jednak to właśnie te zaciśnięte pięści i przemoc fizyczna zdają się być tym, co najdobitniej oddaje tytułowe zło.
Początek „Zła” nasuwa skojarzenia z „Gnojem” Wojciecha Kuczoka, którego czołowym wątkiem była ojcowska przemoc wobec syna. Główną postacią „Zła” jest Erik, kilkunastoletni chłopiec z dobrej szwedzkiej rodziny. Od lat jest katowany przez ojca za drobne nawet przewinienia. Książka Guillou jednak nie zamyka się wokół przemocy w rodzinie i zakreśla dużo szersze kręgi tematyczne niż „Gnój”, skupiając się na agresji fizycznej i psychicznej w środowisku szkolnym. Agresja doznawana w domu wyposaża Erika na całe dalsze życie w nieugiętość, odwagę, niezłomną przekorę i ogromną odporność na ból. W sztokholmskiej szkole podstawowej, gdzie panuje kult silniejszego, a kary cielesne są na porządku dziennym, chłopiec jest szefem uczniowskiego gangu, zwycięsko wchodzi w bójki ze starszymi kolegami i zajmuje się sprzedażą kradzionych płyt. Wyrzucony dyscyplinarnie, trafia do publicznej podstawówki z internatem. Tutaj znów, mimo jego gorących pragnień by było inaczej, panuje przemoc, rywalizacja i nienawiść. Erik pozostaje samotny niczym romantyczny bojownik w opozycji wobec starszych kolegów z liceum, którzy w szkole uprawiają niepojęty wręcz terror. Wkrótce przyłącza się do niego Pierre, grubasek-intelektualista, rozkochany w historii, polityce i literaturze. Pierre jest jednak wyłącznie typem umysłowca, podczas gdy Erik łączy w sobie ogromną inteligencję i oczytanie z tężyzną fizyczną i umiejętnością oporu, jakich nie powstydziłby się antyczny heros. To jego sprzeciw przeciw uczniowskiej Radzie naprawdę komplikuje jej szyki i wprowadza zamieszanie do tzw. samowychowania uczniowskiego, polegającego na prześladowaniu młodszych wychowanków przez starszych.
Książka Jana Guillou jest naturalistycznym i przejmującym studium ludzkiego wnętrza i świata, w którym rządzi niezrozumiała agresja i zawiść. Rzeczywistość ukazana przez pisarza jest bezgranicznie okrutna, może nawet w tym okrucieństwie nieco przejaskrawiona, a celem powieści zdaje się jedno - potwierdzenie znanej teorii, iż przemoc rodzi przemoc. Erik, z jednej strony młody gangster i agresywny chuligan, z drugiej, wrażliwy intelektualista i myśliciel o przenikliwym analitycznym umyśle, wygłasza ważną opinię: Zło nie jest głupie. Guillou podkreśla, że najwięksi brutale to ludzie o niezwykłej wyobraźni, zdolności wysnuwania wniosków, planowania i organizowania. Zło wymaga pomysłowości i sprytu, śmiałości i woli walki. To wszystko cechuje Erika, którego poczynania trudno jednoznacznie ocenić. Czy jest on ofiarą systemu, w którym przemocą należy odpowiadać na przemoc, by przetrwać? Czy Erik jest zły sam w sobie, czy też może to jego świat go takim uczynił?
W książce „Zło” Jana Guillou nie znajdziemy jednoznacznej krytyki agresji, chociaż najlepszym rzecznikiem światopoglądu autora wydaje się Pierre, mówiący o tym, że należy unikać przemocy za wszelką cenę, ale będąc zmuszonym, należy czynnie sprzeciwić się agresorowi. Niekiedy nie ma innego wyjścia, jak na głupią, niewytłumaczalną przemoc, odpowiedzieć... przemocą, wiedząc o zgubnym działaniu tego „środka zaradczego”. Guillou zaznacza także jeszcze jedną istotną rzecz - zło jest jak narkotyk; zakorzenione w człowieku, pozostaje w nim na zawsze, nawet gdy ten stara się je z siebie wymazać. Świat skażony przez przemoc, stosowaną choćby dla zabawy lub podporządkowania sobie innych, staje się piekłem zarówno dla atakujących i atakowanych, jak i tych, którzy muszą tę przemoc oglądać z boku.
WCIĄŻ O KROK ZA MORDERCĄ
„O krok” to kolejna powieść kryminalna w dorobku Henninga Mankella, jednego z najwybitniejszych szwedzkich pisarzy tego gatunku. Kryminał zwykło uważać się za podrzędny gatunek powieściowy, literaturę z natury łatwą i przyjemną, jednakże książki Mankella świadczą o tym, że napisanie dobrego kryminału to także nie lada sztuka, którą należy docenić. Mimo że książka „O krok” liczy blisko pięćset stron, czyta się ją niemal jednym tchem. To powieść nie tylko o wciągającej i pełnej zwrotów akcji fabule, to także portret zwyczajnego - niezwyczajnego szwedzkiego policjanta, tak odmiennego od zarozumiałych i bezpardonowych funkcjonariuszy prawa z amerykańskich filmów. Kurt Wallander jest nieco schorowanym policjantem w średnim wieku, zapracowanym, rzetelnym i wytrwałym, a przede wszystkim martwiącym się upadkiem prawa i narastaniem przestępczości. Wallander z goryczą porównuje współczesną mu Szwecję z dawnymi czasami, zauważając niepokojący wzrost niepożądanych zachowań społecznych. Nie ma w nim nic z Chandlerowskiego twardziela, podobnie jak działalność szwedzkiej policji nie przypomina sensacyjnego śledztwa FBI. To raczej skomplikowana praca wymagająca wiele czasu, zaangażowania oraz żmudnego ślęczenia nad papierami.
Nie da się ukryć - Henning Mankell ma niepodważalny talent do kryminału. Tym razem sprawa dotyczy zaskakującego morderstwa trojga młodych ludzi, którzy w noc świętojańską wyruszają na nocną maskaradę do leśnego rezerwatu. Tutaj wszyscy zostają bestialsko zastrzeleni. Wallander zastanawia się - komu i czym mogło zawinić troje nastolatków. Prowadzone przez niego śledztwo wiedzie go w misterne światy ludzkich tajemnic i niedopowiedzeń. Morderca snuje się za Wallanderem jak cień, sprytnie uprzedzając wszystkie jego ruchy. W trakcie śledztwa ginie jeden z kolegów komisarza, policjant o nazwisku Svedberg, którego choć wszyscy znali od dawna, tak naprawdę nic o nim wiedzieli Svedberg przed śmiercią na własną rękę prowadził dochodzenie dotyczące zabójstwo nastolatków, nie informując o tym swoich współpracowników. Jaki miał w tym cel? Czyżby wiedział więcej niż inni i dlatego został zamordowany? A może czegoś się obawiał? Na te i inne pytania odpowiedź przynieść może jedynie lektura powieści Henninga Mankella „O krok”, którą szczerze polecam.
WIELKOŚĆ KARŁA
„Swego karła człowiek potrzebuje zawsze” - ten krótki cytat z powieści „Karzeł” P. Lagerkvista uczyniłabym mottem nie tylko wzmiankowanego utworu, ale także społecznego i osobistego życia każdego człowieka. Chociaż laureat Nagrody Nobla umieścił fabułę swej opowieści na książęcym dworze we Włoszech doby Renesansu, to jednakże jej przesłanie pozostaje aktualne także dla współczesności.
Karzeł. Kimże jest ta swoista miniatura dorosłej postaci? Kim jest dla nas, jak ją odbieramy, jak się do niej ustosunkowujemy? Ale także kim jest dla siebie samej? Jaką rolę przeznaczył jej okrutny (?) los?
Ten z powieści Lagerkvista ma dwadzieścia sześć cali wzrostu, jest proporcjonalnie zbudowany, o charakterze raczej impulsywnym, choć ze względu na świadomość swego miejsca na dworze księcia nieustannie trzyma go na wodzy. Żyje w małej izdebce na szczycie wieży, gdzie w tworzonej skrupulatnie kronice daje upust swemu rozmiłowaniu w potajemnych mordach i intrygach dworskich. Jego karli wzrost, jak i idąca w parze z nim pozycja nic nieznaczącego i nieszkodliwego, choć skądinąd wielce pożytecznego, pachołka, dała mu po wielekroć okazje do potajemnych obserwacji świty dworskiej. Obserwacji, które doprowadziły do decyzji podjęcia kronikarskiego trudu. Bo w jakimże innym celu i w jaki sposób mógłby dać wyraz swej bogatej wiedzy? Jedynie papier mógł bez szkody dla autora słuchać jego osobistych uwag, spostrzeżeń, myśli, o które w świetle dnia nikt nie podejrzewał małego człowieczka o brzydkiej twarzy. Cóż może myśleć dworski pachołek? Czy on w ogóle myśli? Drwiłby zapewne dwór, gdyby tylko wiedział, co dzieje się w sercu podwładnego.
Tymczasem sekretne uwagi karła mają wielką wagę, a przede wszystkim cechują się głębią przemyśleń. W ten sposób Lagerkvist pokazuje czytelnikowi przewrotność ludzkich dziejów. Władza na ziemi w rzeczywistości należy do „karłów”, a nie ich panów, do małych, a nie do wielkich. Okazuje się bowiem, że paradoksalnie z dołu więcej i wyraźniej widać, niźli z góry. Ba!, nieraz ci z wyżyn nie dostrzegają tego, co dzieje się w ich własnej alkowie, podczas gdy na dole jakiś niepozorny obserwator bez trudu dostrzega słabości swego pana. I jeśli jest do tego umiejętnym strategiem, to odpowiednio wykorzystuje zdobytą wiedzę do przejęcia władzy bądź manipulacji władcą.
Manipulacja zdaje się być częściej wybierana przez żądnych władzy, ale mniej medialnych, mniej zamożnych, czy po prostu wolących pozostawać w cieniu jakiejś gwiazdy i czerpać korzyści oraz przyjemność z decydowania o tym, gdzie, kiedy i jak mocno świeci owa gwiazda. Co ciekawe, władza oparta na manipulacji ma swoje pozytywne strony nie tylko dla manipulującego „karła”, ale i manipulowanego „olbrzyma”. To swego rodzaju symbioza. Z zewnątrz, z pozoru, rządzi książę, co więcej jest on przekonany o swej absolutnej władzy, ale już od tyłu, od kuchni, rzecz ma się zgoła inaczej, bo oto w cieniu tronu siedzi karzeł, który tak działa lub pozostaje w bezruchu, aby wywołać określony gest władcy. Władca potrzebuje zatem swego karła, a karzeł władcy.
Czyż nie warto zatem przyjrzeć się bliżej swojej życiowej pozycji i spróbować określić, po której stronie się znajdujemy? Dobrym narzędziem, które pomoże nam w tej ocenie, jest niewątpliwie powieść P. Lagerkvista „Karzeł”. Pozycję tę polecam nie tylko ze względu na wartość poznawczą, która wyraża się w przesłaniu głównego bohatera, ale także ze względu na wyjątkowo rzadko spotykane połączenie prostego języka przekazu z atrakcyjną i intrygującą fabułą, zwartości treści z jej równoczesną głębią.
Johanna Nilsson „Rebeliantka o zmarzniętych stopach”
STELLA - BUNTOWNICZKA Z WYBORU
„Rebeliantka o zmarzniętych stopach” jest współczesną książką o Szwecji, szwedzkim społeczeństwie z jego problemami i podziałami. Książkę można podzielić na trzy części. Wydarzenia toczące się w Wyższej Szkole Handlowej, opis Szwecji i jej problemów oraz indywidualne przemyślenia i przeżycia głównej bohaterki.
Stella Björk jest młodą Szwedką, która podczas pisania pracy magisterskiej z teologii przekonała się, że kierowanie się ku Bogu szczęścia nie daje. Postanowiła
zainteresować się innym bóstwem - mamoną. W chwili, gdy ją poznajemy, studiuje w Wyższej Szkole Handlowej w Sztokholmie. Obserwuje, pyta, wyciąga wnioski. Stara się zrozumieć, co powoduje, że ludzie są szczęśliwi. Czy to jest władza?
Czy to są pieniądze? Może uzależnienia? W pierwszej osobie, razem ze swymi przyjaciółmi Karoliną i Joakimem, przedstawia nam środowisko akademickie WSH. Niektóre charakterystyki postaci przypominają książki Ericha Segala. Stella
próbuje wyrwać swoich znajomych z zaślepionego pędu ku władzy i pieniądzom. Organizuje na uczelni SAA - Stowarzyszenie Anonimowych Akcjoholików, czyli ludzi uzależnionych od gry na giełdzie. Nawet nie podejrzewa, do czego to doprowadzi.
W książce poznajemy współczesną Szwecję z jej podziałami klasowymi i ideologicznymi. Dowiadujemy się, że w Sztokholmie są dzielnice, w których pełno neonazistów i skinheadów. Zrozumiałe dla nas, szczególnie ostatnio, są także demonstracje takich grup jak Reclaim The City
do złudzenia przypominających Młodzież Wszechpolską. Polakowi jednak nie mieszczą się w głowie młodzieżowe demonstracje prokomunistyczne czy rzucanie szkoły w proteście przeciw przepełnieniu w klasach i fałszywemu mitowi o nauce wyrównawczej. Odkrywamy, że w Szwecji także są napady, bezdomni i getta rasowe z całym bagażem nieufności, strachu i biedy.
Stella jest młodą, dociekliwą kobietą, która próbuje odnaleźć swoje miejsce
w życiu. Jest nieszablonowa. Nie daje wtłoczyć się w sztywne normy. Chce
burzyć schematy. Niska, drobna, dla uspokojenia nocami trenuje boks. Przy
tym jest delikatna i wrażliwa. Potrzebuje ciepła i czułości. Potrzebuje
także kogoś, kogo będzie mogła obdarzyć głębszym uczuciem.
Mnie ta pozycja bardzo się spodobała. Głównie z uwagi na niektóre
destrukcyjne myśli bohaterki. Zdarza mi się miewać identyczne pomysły.
Książka napisana jest w taki sposób, że szybko zaprzyjaźniamy się ze Stellą
i jej przyjaciółmi. Czyta się bardzo przyjemnie. Nie podoba mi się tylko
samo zakończenie. Jak dla mnie zbyt utopijne.
Jonas Gardell „Dojrzewanie błazna”
JAK ŁATWO STAĆ SIĘ BŁAZNEM
Książkę przeczytałem pod wpływem namów mojej żony zafascynowanej Skandynawią. Na początku miałem niejakie opory i obawiałem się zalewu informacji o przeraźliwie zimnym i nieprzyjaznym klimatycznie jak dla mnie kraju. Jednak już po kilku zdaniach mile się zdziwiłem. Rozsiadłem się wygodniej i z zainteresowaniem śledziłem przygody Juhy.
Mówiąc pokrótce, jest to książka o dorastaniu i dojrzewaniu w szkole. Obserwujemy burzliwe próby Juhy odnalezienia dla siebie miejsca w klasowej społeczności. Chłopak jest ambitny, chce być w centrum uwagi. Ale w jaki sposób? Najlepiej zostać błaznem. Co musi poświęcić? Ma niejasne pojęcie, co jest dobre, a co nie. Musi dokonywać wyborów. Dylematy rozstrzyga w sposób, który nie daje mu spokoju jeszcze w wieku męskim.
Mnie najbardziej spodobał się styl tej książki i sposób opisania Sävbyholm, miasteczka, w którym toczy się akcja. Przypomina mi to tytuły Pilcha dotyczące Wisły. Postacie są wyraziste i charakterystyczne. Żadnych rozmyć, dłużyzn i niedociągnięć. Czyta się to wyśmienicie i przynajmniej ja nie mogłem się oderwać od lektury. Z niejakim rozrzewnieniem sam przypomniałem sobie owe lata, w których szamoce się główny bohater.
Göran Tunström „Oratorium na Boże Narodzenie”
ORATORIUM PISANE SŁOWAMI
„Oratorium na Boże Narodzenie” to jedna z tych książek, które tuż po przeczytaniu można by zacząć czytać od nowa albo też otworzyć w dowolnym miejscu i natychmiast poczuć jej niezwykły klimat.
To historia o tym, jak bardzo można kogoś kochać i jak utrata ukochanej osoby zmienia nasze życie i nas samych. Rzecz jasna, inaczej mąż przeżywa utratę żony, a dziecko matki, każdy jednak musi sobie jakoś z tym poradzić mimo głębokiego poczucia, że właśnie teraz powinien się skończyć świat. On się bowiem nie kończy i nawet wbrew własnej woli trzeba nadal żyć, dla siebie, dla innych, dla tego, kogo już tutaj nie ma.
Poza podróżami w najciemniejsze nawet zakamarki ludzkiej duszy i w głąb bolesnych przeżyć książka ta jest pełna muzyki, sama wręcz przypomina świetny muzyczny utwór.
Tak jak jeden z bohaterów ucieka od bólu i szarej rzeczywistości w twórczość Bacha, tak czytelnik może skryć się we wnętrzu domu z muzyki, jaki autor wybudował, używając słów zamiast nut. Mimo to powieść ma swój rytm, melodię i niesamowitą wprost harmonię, choć chwilami akordy bywają zaskakujące, ale nigdy fałszywe. Na tym właśnie polega niezwykłość tej książki i tym różni się zdecydowanie od wielu innych. Cudownie jest się w nią zagłębić, tak jak zagłębiamy się w ukochaną muzykę i najlepiej robić to w ciszy, bo z tego, co płynie z głośników, nie usłyszymy i tak ani nuty.
Być może niektórzy uznają tę książkę za nieco dziwną czy niezrozumiałą, ale jej nie trzeba wcale rozumieć ani ściśle logicznie analizować, wystarczy poddać się spokojnemu strumieniowi słów, by znaleźć się we wnętrzu budowli z muzyki, gdzie żadne rzeczywiste troski nie mają wstępu.
Naprawdę warto przeczytać setki lepszych i gorszych książek, żeby spośród nich wyłowić jedną taką perełkę.
Jonas Gardell „Dojrzewanie błazna”
DOJRZEWANIE NIE TYLKO BŁAZNA
„Dojrzewanie błazna” świetne! Chociaż przygnębiające bardzo. Po lekturze tej książki człowiek dochodzi do wniosku, że dzieciństwo jest fajne do momentu pójścia do szkoły, a potem zaczyna się wielki dramat, trauma i w ogóle. Niestety uważam, że coś w tym jest. Dzieciaki są okrutne, a te, które się czymś wyróżniają, obojętnie czym i w jaki sposób, są zazwyczaj ofiarami, tak jak i w dorosłym życiu, tylko że z czasem jednak człowiek wyrabia sobie jakieś mechanizmy obronne, a w dzieciństwie tak naprawdę ich nie ma. To jest przerażające, że od wczesnych lat ludzie próbują przerabiać innych na swoją modłę, jak nie perswazją, to siłą, i człowiek albo się podda i upodobni do tłumu, albo będzie jeszcze długo - o ile nie zawsze - ofiarą.
Kiedy się czyta o tym, jak bohater olewa prawdziwych przyjaciół, żeby się przylizać tej beznadziejnej reszcie, to słowo daję, ma się ochotę udusić go gołymi rękami. A przecież tak naprawdę to tylko strach i potrzeba akceptacji. A jednak nie wszyscy robią takie rzeczy.
Dla mnie ta książka jest też o tyle przygnębiająca, że przypomniała mi się moja własna podstawówka i chociaż sama nigdy nie postępowałam aż tak podle, to aż mnie to dziś przeraża, ile dzieciak potrafi poświęcić i znieść, żeby go wreszcie zaczęli lubić i akceptować, co przecież zazwyczaj idzie na marne, bo im bardziej zabiegasz o akceptację, tym tłum ma większe poczucie własnej siły wobec ciebie i władzy nad tobą. Ja się dość szybko połapałam w czym rzecz i całe szczęście, bo przestałabym szanować samą siebie, zanim jeszcze w pełni zrozumiałabym, co to znaczy.
Jest to wszystko o tyle ciekawe, że przecież Juha był jednocześnie ofiarą i dręczycielem, czyli widział to wszystko z obydwu stron, a przecież gdyby tak we trójkę naprawdę się razem trzymali, mieliby przeciwko klasie dużo większą siłę niż każde z osobna. No ale do takich konkluzji trzeba widocznie dorosnąć. A potem się żałuje, bo dzieciństwa się nigdy z pamięci nie wymaże.
Johanna Nilsson „Rebeliantka o zmarzniętych stopach”
REBELIANTKA WŚRÓD AKCJOHOLIKÓW
Podczas gdy w literaturze kobiecej ostatnich lat triumfy święcą opowieści o energicznych paniach z kryzysem trzydziestego roku życia, książka Johanny Nilsson o reprezentantce szwedzkich dwudziestoparolatków przeszła w Polsce bez większego echa. Szkoda, bo to jedna z najlepszych współczesnych powieści, jakie czytałam. A zainteresowanie rówieśników, którym zdążyłam „Rebeliantkę o zmarzniętych stopach” polecić, potwierdza tylko moją teorię.
Owy głos pokolenia to Stella Björk, studentka sztokholmskiej „Handlówki”, właścicielka jaszczurki, przyjaciółka Karoliny i Joakima, wraz z którymi zakłada Stowarzyszenie Anonimowych Akcjoholików. Ta nieformalna organizacja, mająca pomóc kolegom, którzy zbyt dużo czasu poświęcają grze na giełdzie, z czasem rozpętuje prawdziwą burzę na uczelni, demaskuje paranoje zarówno szkoły, jak i współczesnego społeczeństwa. I choć akcja powieści dzieje się w Szwecji, skłania do zastanowienia, czy i w polskim społeczeństwie nie spotykamy się często z podobnymi anomaliami...
Jednak książka Nilsson to nie tylko rozważania natury społeczno-ekonomicznej z dużą dawką poczucia humoru, ale także - a może przede wszystkim - opowieść o miłości i przyjaźni.
„Rebeliantka...” daje więc nadzieję, że w czasach relatywizacji wartości i przesuwania granic etyki, są jeszcze młodzi ludzie, którym wrażliwość i prawdziwe uczucia nie są obce.
Christine Falkenland „Mój cień”
CIENIE Z PRZESZŁOŚCI
Jesteśmy już cieniami, mimo że kiedyś byliśmy jak ty młodzi i dumni - taką frazą kończy się powieść Christine Falkenland, w której młodość i szczęście wydają się nieuchwytnymi cieniami odległej przeszłości. Rachela, główna bohaterka, to kobieta naznaczona nie tylko fizycznym, ale też psychicznym kalectwem. Wypadek z dzieciństwa uczynił ją niezdolną do poszukiwania własnej tożsamości i cieszenia się życiem bez względu na chorą nogę. Życiem Racheli, oprócz ciągłej niezgody na okrutny los, rządzi duma, nieufność, dystans, wycofanie. Podskórnie jednak Rachela, jak każdy człowiek, potrzebuje ciepła i zwyczajnej, prostej miłości, a mimo to zdaje się nie umieć przeżywać uczuć, w których nie przechodziłaby od skrajności w skrajność. W swoich myślach bohaterka chaotycznie wraca do wydarzeń z przeszłości, nie walczy o ich przetrwanie czy też zupełne zapomnienie; opowiada je takie, jakimi naprawdę były.
Książka Falkenland jest bardzo filmowa, składa się bowiem z obrazów, bardzo plastycznych, odmalowanych krótkimi, nieskomplikowanymi zdaniami. Na tych obrazach spostrzeżemy samotną wyspę rządzącą się własnymi prawami, chromą kobietę przedkładającą swoje psy nad ludzi, zapracowanego męża wciąż żyjącego wspomnieniem o ukochanej zmarłej żonie, dobrze ułożoną dziewczynę strojąca się do kościoła, by spotkać tam swego kochanka, prostego rybaka. Postacie z tych oto filmowych kadrów wchodzą w niełatwe wzajemne relacje, w których nic nie jest do końca wyjaśnione i ustalone. Falkenland nie umoralnia w swojej książce i nie stara się oceniać zachowania Racheli - ujawnia tylko obrazy z jej pamięci i efemeryczne refleksje bohaterki. Przebija z nich nie tyle chłód nadmorskich plenerów i ponurego klimatu, co przede wszystkim chłód więzi międzyludzkich. Miłość tutaj jest ulotna, naznaczona śmiercią i przemijaniem. Rachela, która nigdy nie zapomni, że jej ciało nosi wspomnienie lekkomyślności dzieciństwa, w osobie swego przybranego wnuczka odnajduje obiekt idealnej czułości i przywiązania. Jednak wraz z dorastaniem chłopca Rachela czuje, że jej miłość staje się cieniem, a utracone dzieciństwo, którego w nim chyba szukała, nigdy już nie powróci. Ona zaś stała się kimś innym, być może nawet cieniem siebie samej, doznającej niegdyś chwilowego, ale upajającego szczęścia obcowania z kimś bliskim.
Christine Falkenland doskonale poradziła sobie z zakończeniem swojej powieści. Nie puentuje jej żadnym dobitnym wydarzeniem. „Mój cień” kończy się reminiscencją wspomnień Racheli, które głęboko wyryły się w niej samej. Trzymające w dziwnym napięciu ostatnie strony powieści nie są ostatecznym wejściem w świat przeżyć bohaterki, są jakby niedokończoną spowiedzią, próbą przywrócenia świata na zawsze już pozostawionego przeszłości. To również nawoływanie do zadania sobie ogólnoludzkiego pytania, jak istotne jest w ludzkim życiu poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, przywiązanie do innych i walka o własny los.
Carina Rydberg „Za krawędzią nocy”
NIEZNOŚNA LEKKOŚĆ (NIE)BYTU
Dosyć depresyjna tematyka, mimo że autorka sprawia wrażenie, że tematu nie bierze całkiem na serio (motyw weteranów wietnamskich i helikoptera, całe szczęście, że oszczędziła sobie Rambo). Miałam problem z tą, z mojego punktu widzenia, niekonsekwencją, bo nie za bardzo mogłam kobietę wyczuć z tym przymrużaniem oka. Bo w sumie wszystkie postacie budzą współczucie, każdy samotny, niezrozumiany, niespełniony, z niewłaściwym partnerem albo bez, a jak niewykorzystany za młodu, to przynajmniej uzależniony. Bohaterce należy wręcz pogratulować decyzji opuszczenia tego padołu.
Nasuwa się też podejrzenie, że pod pozorem pokazania rozrachunku z przeszłością zdematerializowanej bohaterki autorka chce czytelnika zaspokoić (zaszokować?) jako podglądacza tego dekadenckiego towarzystwa. Utwór nie jest zbyt obszerny, ale obfituje w namiętności, bóle, odrzucenia, mord. Ba, nawet narodziny dorzucone, coby obraz życia dopełnić. Dosyć zagęszczona historia. Ma się wrażenie, że ta historia sama nie wie, czy należy brać ją żartem czy serio.
Ale przede wszystkim sprawiło mi ogromną przyjemność czytanie, bo czytało się bardzo lekko (wchłonęłam praktycznie w dwa popołudnia).
Carina Rydberg „Za krawędzią nocy”
ŚMIERĆ ODSŁANIA PRAWDZIWE ŻYCIE
„Za krawędzią nocy” autorstwa Cariny Rydberg jest książką, która otwiera przed nami drzwi do głębi tego, co tak dawno zostało wypchnięte z życia codziennego każdego przeciętnego człowieka. Ukazuje świat doznań i relacji między dwojgiem partnerów, które na pozór mogłyby się wydawać mało realne.
Co należy zrobić? Kim należy się stać, aby zrozumieć i dostrzec to, co stanowi niewidzialną otoczkę intryg, gestów, a nawet „niesłyszalnych” słów?
Autorka daje czytelnikowi do zrozumienia, że swoistego rodzaju ułomność ogranicza człowieka w umiejętności dostrzegania oczywistości. Za życia jesteśmy tylko ślepcami, którzy muszą umrzeć, aby zobaczyć to, co jest skrzętnie skrywane pod przymkniętymi powiekami. Śmierć staje się furtką do zrozumienia i zauważenia rzeczy, które umykają uwadze w trakcie trwania szarej prozy życia.
Książka ta to nie tylko przewodnik po ścieżkach, które uczą patrzenia, aby zobaczyć. To droga do obnażenia prawdziwego oblicza istoty stworzonej. Odkrywa bowiem przed nami szczegóły, których wyjawienie jest napiętnowane strachem przed prawdą i wyalienowaniem.
Tło strony pochodzi z witryny
pana Wiesława Sadurskiego:
www.szwedzka.pl