Paweł Pollak - publicystyka


Doda, Kościół i wolność słowa

Doda ma być sądzona za swoją wypowiedź, że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. To dobitnie pokazuje, że dwie konstytucyjne normy, wolność słowa i rozdział Kościoła od państwa, są w Polsce fikcją.
Wolność słowa polega na tym, że - bez konsekwencji w postaci grzywny czy więzienia - można powiedzieć wszystko. W tym rzeczy dla innych niewygodne, przykre, wywołujące oburzenie czy wściekłość. Jedynym wyjątkiem jest znieważenie lub zniesławienie drugiego człowieka, co pociąga za sobą konsekwencje prawne, ale - uwaga - wyłącznie cywilne. Zniesławiony może wnieść pozew przeciwko zniesławiającemu i domagać się stosownego odszkodowania. Tymczasem w Polsce zniesławienie jest ścigane z kodeksu karnego (art. 212 kk), nie wolno wygłaszać tzw. kłamstwa oświęcimskiego (art. 55 ustawy o IPN), propagować idei faszystowskich (art. 256 kk) i nie wolno obrażać uczuć religijnych (art. 196 kk). Z tego ostatniego paragrafu ma być sądzona Doda.
Zwolennicy penalizacji kłamstwa oświęcimskiego twierdzą, że ma to zapobiec powrotowi faszyzmu. Tymczasem to pozór: gdyby taka groźba rzeczywiście istniała albo pojawiła się w przyszłości, ten zakaz niczemu by nie zapobiegł. Historia pokazała, że wsadzani za poglądy do więzień prędzej czy później z nich wychodzą i wówczas - jako męczennicy za sprawę - mają na ogół sporo zwolenników. Wolność słowa oznacza, że również rasiści i faszyści mają prawo swobodnie wygłaszać swoje tezy, nawet jeśli znakomita część społeczeństwa uznaje je za aberracyjne. Można z nimi polemizować, je wyśmiewać, stosować społeczny ostracyzm wobec je głoszących, ale nie wolno pociągać ich do odpowiedzialności karnej.
Gdybyśmy tak rozumianą wolność słowa - można powiedzieć wszystko z oczywistymi dla rozsądnych ludzi ograniczeniami - wprowadzili na przykład w średniowieczu, to na zasadzie ogólnego konsensu można by powiedzieć wszystko poza tym, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca. Podobna „wolność słowa” obowiązywała w PRL-u. Też można było powiedzieć wszystko, byleby nie negować socjalistycznego ustroju i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Co więcej, konsekwencje w późnym PRL-u były jakby mniej poważne, bo nie ryzykowało się już więzieniem, a jedynie tym, że cenzura wykreśli „niewłaściwe” wypowiedzi.
Tymczasem w demokratycznej III RP Dodzie grozi dwa lata więzienia. Za złamanie przepisu, którego istnienie jest w neutralnym światopoglądowo państwie skandalem (to znaczy byłoby, gdyby Polska się do takich państw zaliczała). Z jakiego tytułu specjalnej ochronie podlegają uczucia religijne, a zdrowy rozsądek ateistów już nie? Mój jest wystawiany na ciężką próbę, kiedy każe mi się przyjmować chrześcijańską mitologię za fakty (w to, że Jezus był postacią boską, jestem skłonny uwierzyć tak samo jak w to, że greccy bogowie angażowali się w walkach pod Troją), ale nie uprawnia mnie to do żądania, by wsadzać do więzień ludzi, którzy utożsamiają mitologię z historią. Każdy, kto chce, może utrzymywać, że Biblia to zapis wizyty Boga na ziemi i przekonywać (byle nie siłą) do takich poglądów innych, ale też każdy, kto chce, ma prawo powiedzieć, że to kompilacja tekstów autorów, którzy pisali o zasłyszanych wydarzeniach, nie mając żadnych kwalifikacji na historyków i nawet zresztą nie aspirujących do tej roli, tylko usiłujących udowodnić jakąś tezę, a jeszcze kto inny ma prawo Biblię podrzeć, byleby darł swój egzemplarz, a nie cudzy.
Kolejnym skandalem jest, że ów przepis wcale nie jest wykorzystywany do ochrony uczuć religijnych, tylko do walki o rząd dusz. Gdyby to, co powiedziała Doda, napisał jakiś anonimowy bloger, nikt by na niego nie składał doniesień do prokuratury, skończyłoby się co najwyżej na polemicznym albo oburzonym komentarzu. Ale Doda jest niebezpieczna, seksowna, popularna, dla młodzieży jest znacznie większym autorytetem niż ksiądz, którego ta młodzież podejrzewa o sypianie z ministrantem. I jeśli Doda mówi, że Biblię napisał „napruty winem”, to jej fani mogą uznać, że coś jest na rzeczy. Katoliccy aktywiści się tego boją i dlatego wytaczają ciężkie działa. Tylko że kule odlane naprędce i nieudolnie.


artykuł prasowy

„Naszym zdaniem z wypowiedzi tej wynika, że w opinii Rabczewskiej autorami Biblii byli alkoholicy i narkomani.”
I co w tym złego? Zdaje się, że Kościół twierdzi, że autorzy Biblii pisali ją pod wpływem boskiego natchnienia. Tymczasem wielu twórców to boskie natchnienie odnajdywało w sobie dzięki alkoholowi i narkotykom. Ani się tego nie wstydzili, ani świat ich za to nie potępiał, a pod wpływem używek tworzyli dzieła doskonałe.
Zwróćmy jednak uwagę na kluczowe słowo w doniesieniu: „w opinii Rabczewskiej”. W opinii! Sami autorzy doniesienia przyznają, że Doda wygłosiła swoją opinię. Bo oczywiście można złośliwie udowadniać, że teza wygłoszona przez Dodę wcale nie jest sprzeczna z oficjalnym stanowiskiem Kościoła, ale przecież Doda nie miała zamiaru wziąć udziału w panelu historycznym na temat autorów Biblii, tylko chciała tę Biblię zdyskredytować. I ma do tego, nomen omen, święte prawo. W kraju, w którym panuje wolność słowa, każdy może sobie wygłaszać takie opinie, jakie mu się żywnie podoba i prokuratorowi nic do tego. Pan Nowak powinien ze zrozumieniem przeczytać artykuł 54 Konstytucji RP: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów (...)” A jak komuś się te opinie nie podobają, może z nimi dyskutować, obśmiać je, jeśli uważa, że są absurdalne, czyli posłużyć się dokładnie tym samym stylem co Doda, a jest on w dyskusji w pełni uprawniony. Sęk w tym, że aktywiści katoliccy nie chcą dyskutować, nie potrafią walczyć słowem, po co silić się na argumenty, skoro można skierować doniesienie do prokuratury. Zauważmy, że w ten sposób żadna debata o religii, jej miejscu we współczesnym społeczeństwie nie jest w Polsce możliwa. Albo inaczej, jest możliwa, jeśli ktoś o krytycznym nastawieniu najpierw odda katolicyzmowi należny hołd i wykaże czołobitną postawę, że szanuje, że docenia znaczącą rolę w historii i obecnie, że Papież jest oczywiście autorytetem i tak dalej. Dyskusja o religii, proszę bardzo, ale na klęczkach. Czołobitnie, bez cienia ironii. Znowu przypomnę PRL, gdzie przecież władza też dopuszczała krytykę ustroju, byle konstruktywną.
Bo religia katolicka jest w Polsce religią panującą. Oficjalne zapewnienia o państwie neutralnym światopoglądowo, jego rozdziale od Kościoła są na użytek Unii Europejskiej i środowiska „Gazety Wyborczej”, które są zbyt silne, by można wprost im się przeciwstawić, ale do siebie katolicy puszczają oko, że przecież nikt im nie wmówi, że prawdziwy Polak może być pedałem, bezbożnikiem czy innym odszczepieńcem, sytuacja na razie jest jaka jest, ale Kościół przetrwał dwa tysiące lat, więc Unię i „Wyborczą” też przeczeka.
Powyższe jest przyczyną, dlaczego krzyż w przestrzeni publicznej wzbudza sprzeciw „innowierców”. Bo jest symbolem faktycznej dominacji katolicyzmu. Przecież katolicy nie wieszają krzyża w miejscach publicznych, by się do niego modlić, tylko by pokazać „to my tutaj rządzimy”. Gdyby te krzyże były przejawem wyłącznie wiary bez politycznego kontekstu, nikomu by nie przeszkadzały. Podobnie jak obecnie nikomu nie przeszkadza radziecka flaga czy godło z sierpem i młotem. W PRL-u te symbole Polaków drażniły, bo pokazywały, kto nami naprawdę rządzi. A przecież tak jak teraz oficjalnie mamy państwo neutralne światopoglądowo, tak wtedy oficjalnie mieliśmy państwo niezależne i niepodległe. Porównanie instytucji, do której dobrowolnie należą miliony Polaków, z narzuconym systemem niewłaściwe? To proszę sobie przypomnieć, kto, kiedy i o kim powiedział „nasi okupanci”.
W oczekiwaniu, aż siły niepozwalające na oficjalne państwo wyznaniowe osłabną, Kościół stara się wprowadzać je tylnymi drzwiami, hierarchowie walczą, by ustawy odzwierciedlały katolicki światopogląd. Przy aprobacie jednych polityków (prawica), chowaniu głowy w piasek przez drugich (centrum) i wyłącznie deklaratywnym sprzeciwie trzecich (lewica), którzy mają taką dziwną przypadłość, że przeciwko panoszeniu się Kościoła protestują tylko wtedy, gdy są w opozycji, wyniesieni natomiast do władzy na wyścigi podlizują się klerowi. Politycy PO pytani przez dziennikarzy o sprzeciw Kościoła wobec in vitro odpowiadają, że Kościół może przecież prezentować swoje stanowisko. To pokazuje, do jakiego stopnia nie rozumieją roli prawa w nowoczesnym społeczeństwie i zasad, jakie powinny obowiązywać przy jego tworzeniu.
Kiedyś rolą prawa było umoralniać, traktowano je jako jedno z narzędzi Boga pomocnych w zbawianiu ludzi. I Kościół nadal chce, by ten przestarzały model obowiązywał, żądając, by prawo stanowione odzwierciedlało naturalne (czyli dogmaty, bo to Kościół ma rozstrzygać, co jest prawem naturalnym), a politycy w sumie to akceptują, nie rozumiejąc filozofii nowoczesnego prawa. Współcześnie przepisy prawa mają jedynie organizować życie społeczeństwa przy zachowaniu zasady, że dana jednostka jest istotą całkowicie wolną, a jej wolność można ograniczać tylko tam, gdzie narusza ona wolność innej jednostki. Jeśli dwóch panów chce ze sobą sypiać, to nie można im tego zakazywać, bo nikomu nie szkodzą (to, że kogoś bulwersują, nie jest naruszeniem jego wolności), ale można im zakazywać zbyt głośnego seksu, bo przeszkadza to innym lokatorom (tymczasem Polacy w większości uznają homoseksualizm za niemoralny, ale nie widzą nic zdrożnego w tym, że swoimi własnymi pijackimi hałasami nie dają innym spać). Oczywiście nie zawsze da się jednoznacznie wskazać, gdzie leży granica wolności dwóch jednostek. Ale właśnie na ustalaniu tej granicy powinno polegać tworzenie prawa. Problem: czy pozwolić parom homoseksualnym na adopcję dzieci? Jeśli badania naukowe wskazują, że optymalny rozwój dziecko osiąga mając w rodzinie wzorzec żeński i męski, to nie, bo naruszamy wolność tego dziecka, ale jeśli z badań wyniknie, że dzieci z rodzin rozbitych radzą sobie w życiu równie dobrze, jak te z pełnych, to przeszkód nie ma. I tak powinna wyglądać cywilizowana dyskusja na ten temat.
W nowoczesnym, neutralnym światopoglądowo państwie prawo w każdej sferze życia powinno być tworzone na tej samej zasadzie co przepisy ruchu drogowego. Tam liczą się tylko dwa elementy: jego sprawna organizacja i bezpieczeństwo użytkowników. Za absurd uznalibyśmy, gdyby wyznawca jakiejś religii żądał na przykład nakazu podwójnego okrążania ronda, bo w jego wyznaniu to hołd oddany bogu. Tymczasem podobne absurdy są sankcjonowane w pozostałych dziedzinach życia.
Zauważmy, że taka konstrukcja prawa w żaden sposób nie ingeruje w sferę religijną danego człowieka ani w zwierzchnictwo Kościoła nad wiernymi. Kto chce, może okrążyć rondo dwa razy, nikt nie musi korzystać z in vitro czy wykonywać aborcji. Problem polega na tym, że wyznawcy danej religii za ingerencję w sferę ich religijności uznają fakt, że ktoś nie podziela czy nie respektuje ich norm moralnych. Katolicy wykazują się tu pełnym niezrozumieniem, uważając a piori, że normy chrześcijańskie są czymś pozytywnym i korzystnym dla ludzkości i w ogóle nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może uważać inaczej. Taką argumentację dało się słyszeć, kiedy wprowadzono obowiązek propagowania przez telewizję wartości chrześcijańskich. Tymczasem normy chrześcijańskie to nie tylko zakaz kradzieży i zabijania, z czym rzeczywiście wszyscy się zgadzają, ale masa szczegółowych rozwiązań, których niekatolicy wcale nie aprobują. Na przykład Söderberg uważał, że nakaz miłowania wroga jest sprzeczny z ludzką naturą, pisał, że przeciwnika można szanować, można z nim walczyć fair, ale naprawdę nie da się go kochać. Proszę sobie wyobrazić, że władzę w Polsce przejmują świadkowie Jehowy. I zgodnie ze swoimi przekonaniami wprowadzają zakaz przeprowadzania transfuzji krwi. Jakbyś się czuł, katoliku, gdybyś musiał patrzeć, jak umiera bliska ci osoba, bo nie można zastosować procedury medycznej, będącej oczywistością we wszystkich cywilizowanych krajach? Wyobraź to sobie i wyobraź sobie (z zachowaniem oczywiście proporcji), jak się czują kobiety niemogące dokonać legalnie aborcji czy będą się czuły pary niemogące mieć dziecka, jeśli wejdzie w życie projekt Piechy penalizujący in vitro.
Prawne regulowanie kwestii in vitro (czy aborcji) jest właśnie owym ideologicznym tworzeniem prawa. W ogóle nie rozumiem utyskiwań, że kwestia in vitro nie doczekała się w Polsce uregulowań prawnych. Przecież to są procedury medyczne, o których powinni decydować wyłącznie lekarze na podstawie aktualnej wiedzy medycznej w porozumieniu z pacjentem. Czy ktoś postuluje, by tworzyć osobną ustawę, jak amputować nogę albo wyleczyć raka nerki? Zaraz usłyszę głosy, że w przypadku aborcji czy in vitro mamy do czynienia z ludzkim istnieniem, które trzeba chronić. Bzdura. Sami katolicy nie uznają zarodków czy płodów za pełnoprawny byt ludzki. Gdyby tak było, nie domagaliby się osobnych ustaw, tylko składaliby w prokuraturze doniesienia o zabójstwie na podstawie przepisów kodeksu karnego. A tymczasem nawet domagając się odrębnych zakazów, nie postulują, by kary za „zabójstwo” zarodka czy płodu były takie same (czy choćby zbliżone) jak za zabójstwo urodzonego człowieka. Kościół z kolei ani nie chrzci zarodków, ani płodom nie wyprawia pogrzebów. Twierdzenia, że zarodek czy płód jest człowiekiem, nie znajdują żadnego pokrycia w działaniach osób czy instytucji je głoszących.
Co wynika z zasady, że prawo winno być tworzone w sposób neutralny? Ano to, że posłowie winni swoje przekonania religijne zostawić za drzwiami Sejmu. Po głosowaniu poseł katolik może leżeć sobie krzyżem w kościele albo nawracać niewiernych, ale podczas głosowania powinien kierować się tym, że ma zorganizować koegzystencję katolika, ateisty, żyda i muzułmanina, a tym trzem ostatnim nie może narzucać swojej wiary (ani żadnych rozwiązań z niej wynikających). A Kościół nie powinien ingerować w tworzone prawo, czyli w ogóle się na ten temat wypowiadać. Natomiast kiedy złe prawo - z punktu widzenia Kościoła - zostanie uchwalone, kiedy Sejm zezwoli na aborcję i in vitro, Kościół może przecież swoim owieczkom oświadczyć: „Drodzy wierni, Sejm uchwalił pełną dostępność aborcji oraz in vitro, przypominamy więc, że korzystanie z jednego i drugiego jest z punktu widzenia etyki katolickiej niedopuszczalne i grozi wiecznym potępieniem, a ponieważ Pan Bóg jest nierychliwy, to jeszcze na tym padole łamiących tę etykę nie będziemy dopuszczać do komunii, a w przypadku zatwardziałych grzeszników ekskomunikować.” Dlaczego Kościół nie walczy z aborcją i in vitro w ten sposób? Dlaczego nie sięga do arsenału kar z prawa kanonicznego? Wedle twierdzeń tegoż Kościoła katolików w Polsce jest 95%, czyli ustawy dopuszczające aborcję i in vitro powinny wywoływać uśmiech politowania ze strony biskupów, bo wziąwszy pod uwagę, że w pozostałych pięciu procentach, statystycznie rzecz biorąc, muszą się znajdować zarówno ludzie płodni, jak i przeciwnicy aborcji z innych motywacji niż katolickie, w praktyce korzystałby z nich minimalny odsetek populacji.
Kościół jednak nie egzekwuje zasad moralności katolickiej od swoich wyznawców (co ma pełne prawo robić). Nie stara się również, by egzekwowano przepisy jego staraniem uchwalone. Aborcji dokonuje się masowo w... chciałem napisać „w podziemiu”, ale to nietrafne określenie, bo podziemie implikuje coś ukrytego, tymczasem nikt się z tym specjalnie nie kryje. Czy Kościół składa doniesienia do prokuratury, czytając w prasie ogłoszenia o „wywoływaniu miesiączki”, czy zgłasza pretensje, że organy ścigania na proceder aborcyjny patrzą przez palce? Nie. I przyznam, że w tym momencie trudno mi zrozumieć, o co Kościołowi chodzi. Domaga się przekładania religijnych nakazów na ustawy, po czym zadowala się tym, że powstaje martwe prawo. Powszechna postawa „jestem katolikiem, ale księża nie będą mi mówić, co mam robić” jest przez Kościół w sumie akceptowana. Mało chwalebna postawa, wybieranie z „oferty religijnej” rodzynek, np. gwarancji życia wiecznego, ale z pominięciem wszelkich niedogodności, jakimi są nakazy i zakazy. Czyżby Kościół bał się, że jeśli zacznie karać swoich wiernych albo skutecznie egzekwować od nich moralność katolicką (sypialiście ze sobą przed ślubem? sorry, ale dla takich ślub kościelny jest niedostępny), to wierni w ogóle się od niego odwrócą? I wtedy nie będzie opłaty za ten ślub, nie będzie na tacę, a jak posłowie zobaczą, że kościoły pustoszeją, to przestaną się prześcigać w pomysłach, pod jakim pretekstem dołożyć episkopatowi na budowę świątyni, gdy prawo na to nie pozwala. Czy to jeszcze jest religia czy już tylko organizacja starszych panów, zapewniająca im wygodne życie, bo lepiej dostawać pensję za nawoływanie z ambony na kogo głosować niż za machanie łopatą?
Można by zauważyć, że mniej uciążliwa taka postawa Kościoła niż konsekwentne egzekwowanie katolickich norm również od niekatolików. Bo owszem, nie żyjemy w państwie neutralnym światopoglądowo, ale również nie w religijnej dyktaturze. To jest bardziej narzucanie się z katolickim światopoglądem niż zmuszanie do niego. A jeśli zmuszanie, to nie pod groźbą kary, tylko przez wywieranie presji. Wiesza się krzyże, gdzie się da, ale nie zmusza do modlitw pod nimi. Tyle że postępowanie Kościoła uniemożliwia faktyczne wprowadzenie w życie innego przepisu konstytucji, a mianowicie, że Polska jest państwem prawa. Wskutek różnych zaszłości historycznych Polacy prawo lekceważą. Zasada „dura lex, sed lex” jest im obca. Tymczasem przestrzegane prawo to czytelne reguły gry, a przy czytelnych regułach gry wygrywa ten, kto ma większe umiejętności, a nie ten, kto jest większym cwaniakiem. I w interesie samych Polaków jest, by prawo szanowali. Z uczciwego przedsiębiorcy społeczeństwo ma znacznie więcej pożytku niż z nieuczciwego, ludziom żyje się lepiej tam, gdzie zakazy - mające organizować wspólne życie - są przestrzegane, a nie ignorowane jako przepisy uchwalone komuś na złość. Oczywiście przedsiębiorca musi mieć takie warunki, by opłacało mu się działać uczciwie, a nie że państwo obciąża go nierealistycznie wysokimi podatkami, mrugając okiem, „rozumiemy, że część należności weźmiesz pod stołem”, a zakazy nie mogą być motywowane ideologicznie. Tworzenie prawa i z góry dawanie przyzwolenia na jego nieprzestrzeganie jest w polskich warunkach podkopywaniem wszelkich prób wychowania praworządnego społeczeństwa. No bo skoro można sobie wybierać, jakich przepisów się przestrzega, a jakich nie, to prowadzi to do erozji prawa. Gdyby za sterami prezydenckiego tupolewa siedział Niemiec albo Szwed, do tragedii pewnie by nie doszło, bo dla tamtych nacji przepis jest przepis. Nie wolno schodzić poniżej stu metrów, jak nie widać ziemi, to się nie schodzi. Koniec kropka. A Polak ma takie nastawienie, że kiedy przepisy w czymś mu przeszkadzają, to ich przestrzegał nie będzie. Drugą stroną tego medalu jest postawa służb powołanych do egzekwowania prawa. Kiedy nie muszą przykładać się do ścigania niektórych przestępstw, łacno rozciągają to na pozostałe. I nie ma co się cieszyć, że policja nie ściga tych, którzy łamią zakaz wykonywania aborcji, bo jeśli na tę samą policję zgłosimy, że porwano nam syna, możemy usłyszeć, że sam się porwał i żeby im nie zawracać głowy, bo mają na niej ważniejsze sprawy.

(sierpień 2010)

Wydać książkę

Co to właściwie znaczy „wydać książkę”? Dotąd w powszechnym odczuciu wydanie książki było równoznaczne z jej wydrukowaniem. Dalsze losy książki, czy trafiła do czytelników, czy nakład niemal w całości poszedł na przemiał, nie miały znaczenia dla stwierdzenia, że tak powiem, prawomocności wydania. Dlaczego? Gdyż zawsze następowała próba dotarcia do czytelników. Wydrukowanie książki wiązało się z tak znacznym wydatkiem, że każdy drukujący, czy to wydawca, czy autor publikujący własnym sumptem, musiał powalczyć choćby o częściowy zwrot kosztów. I na ogół przynajmniej ułamek nakładu do tych czytelników trafiał.
Technika poszła jednak do przodu, powstały drukarnie cyfrowe, umożliwiające rzecz dotąd niewykonalną: tani druk kilku lub kilkunastu egzemplarzy. Wcześniej druk dziesięciu egzemplarzy kosztował tyle samo co tysiąca i siłą rzeczy był nieopłacalny. W ślad za drukarniami cyfrowymi pojawiły się firmy pośredniczące, oferujące klientom za umiarkowaną opłatą druk książki. Jedni chcą wydać pieniądze, czyli jest popyt, drudzy zarobić, czyli jest podaż, nikt nie łamie prawa, więc na pozór wszystko jest w porządku.
Sęk w tym, że w tym momencie pojęcia wydania i wydrukowania się rozjechały. Bo wydanie to nie tylko wydrukowanie, muszą jeszcze temu towarzyszyć działania zmierzające do tego, by książka dotarła do czytelników, by ci mieli możliwość jej kupienia. Tymczasem wspomniane firmy żadnych takich działań nie prowadzą (co najwyżej pozorują), a nazywają się wydawnictwami i wmawiają klientom, nazywając ich autorami, że wydają ich książki. Dają się na to nabierać żądni publikacji grafomani (to pół biedy) czy młodzi piszący, których utwory jeszcze po prostu nie dojrzały do wydania. Jak ta dziewczyna (artykuł z 11.09.2008):


Artykuł Głosu Koszalińskiego Artykuł Głosu Koszalińskiego

Można zrozumieć, że autor nabrany przez taką firmę jest w siódmym niebie, ale dziennikarz powinien sprawdzić fakty, zanim cokolwiek napisze. Tymczasem Alina Konieczna nie odrobiwszy zadania domowego, ogłasza: „Sukces. Szczecińskie wydawnictwo My Book zainteresowało się książką młodej koszalinianki.” Ale dlaczego się zainteresowało? Bo uznało, że powieść może być poczytna? Albo że ma walory artystyczne, które sprawiają, że warto ją opublikować dla prestiżu, choć kokosów z tego nie będzie? Nie. Zainteresowało się, bo żyje z tego, by drukować wszystkich domorosłych autorów za ich pieniądze. I takie „wydawnictwo” po „wydaniu” książki momentalnie przestaje się nią interesować, bo zarabia na różnicy między kosztem druku a tym, co każe autorowi zapłacić, a nie na sprzedaży wydanej książki. Ten nieokreślony nakład, wspomniany w artykule, to dwa egzemplarze obowiązkowe dla bibliotek i kilka, kilkanaście dla autora (w zależności za ile ten chce zapłacić), by rozdał znajomym. Czy to, że nastolatka za własne (lub rodziców) pieniądze wydrukowała kilka egzemplarzy swojej twórczości, jest materiałem na artykuł utrzymany w sensacyjnej tonacji?

Przyjrzyjmy się bliżej ofercie owego szczecińskiego „wydawnictwa”.

Oferta My Booka

Zapewniamy sprawną dystrybucję książki przez księgarnię internetową My Book.

Albo właściciele „wydawnictwa” nie rozumieją słowa „dystrybucja”, albo - co bardziej prawdopodobne - liczą na to, że nie rozumieją go potencjalni klienci. Dystrybucja książki to dostarczenie jej do możliwie dużej liczby księgarń, przede wszystkim stacjonarnych, ale i internetowych. W tym celu wydawca musi współpracować z hurtowniami. Oferowanie książki na jednej stronie w Internecie, na którą na dodatek zaglądają przede wszystkim ludzie chcący książkę wydać, a nie kupić, mija się z celem. Jeśli oczywiście zamierzeniem jest sprzedanie książki, a nie tylko stworzenie wrażenia, że się ją sprzedaje.
Dlaczego taka sprzedaż jest działaniem pozorowanym? Z kilku względów, jeden już wymieniłem: jeśli książkę chce się sprzedać w Internecie, to powinna być dostępna w Merlinie i w pozostałych większych księgarniach internetowych oraz na Allegro. Książki My Booka, nie licząc własnej strony firmy, można znaleźć tylko na Allegro, ale sprzedaż wyraźnie prowadzą sami autorzy. Po drugie, kupujący książkę w Internecie rzadko jest gotów dłużej na nią czekać, stąd księgarnie internetowe kuszą szybką wysyłką. Termin 2-4 tygodnie podawany przez My Booka dla książek, które trzeba dopiero wydrukować, będzie dla klienta raczej nie do przyjęcia. Poszuka gdzie indziej, gdzie indziej książki nie ma, więc zrezygnuje, jeśli nie będzie mu strasznie zależało (a strasznie zależeć to mu może na światowym bestsellerze, a nie na beletrystyce nieznanego autora). I wreszcie znakomita większość książek nadal jest sprzedawana w Polsce w sposób tradycyjny, udział Internetu to niewielka część. Jaka? Jeśli takie dane istnieją, to do nich nie dotarłem. Ale pojęcie o tym mogą dać następujące liczby: Łączna wartość rynku książki w Polsce to w tej chwili około 2,9 mld zł. W 2009 r. Merlin miał 101 mln przychodów. Merlin sprzedaje nie tylko książki, ale w tym segmencie całkowicie dominuje, jeśli więc przyjmiemy, że przychody innych internetowych sprzedawców książek pokryją się z tymi nieksiążkowymi przychodami Merlina z pewnością nie grozi nam niedoszacowanie sprzedaży. 101 mln z 2,9 mld to niecałe 3,5%. Zaokrąglijmy to do pięciu procent i dodajmy jeszcze pięć na sprzedaż internetową samych wydawnictw. Z tych chałupniczych obliczeń wychodzi, że przynajmniej 90% sprzedaży książek to sprzedaż tradycyjna.
Biorąc powyższe pod uwagę, można się domyślić, że sprzedaż książek wydanych przez My Book pozostaje na minimalnym poziomie, typuję, że żaden tytuł nie przekroczył 50 egzemplarzy, a znakomita większość nawet się nie zbliżyła w te rejony. Mam tu na myśli egzemplarze sprzedane przez „wydawnictwo”, a nie przez autora. My Book przezornie nie podaje nakładów sprzedaży, więc jeśli się mylę, to chętnie zobaczę na to dowody. Na jednym z forów znalazłem informację, że książki wydane w takim systemie (zwanym popularnie POD - print on demand - druk na żądanie, co pierwotnie oznaczało druk małej liczby egzemplarzy, ale teraz funkcjonuje jako synonim publikowania książek za pieniądze autorów) osiągały sprzedaż nie większą niż 200 egzemplarzy przy maksymalnym zaangażowaniu autora w sprzedaż. Dla porównania podajmy, że przeciętny debiutant w normalnym średnim wydawnictwie jest drukowany w nakładzie 2-3 tysięcy egzemplarzy, z czego sprzedaje się najmarniej połowa, a pisarz nie musi bawić się w handlowca, bo nie taka jest jego rola.
Te liczby warto zestawić, bo orędownicy takich firm jak My Book lubią udowadniać ich wyższość nad tradycyjnymi wydawnictwami, twierdząc, że w tych pierwszych nie grozi wyczerpanie nakładu, bo w każdej chwili książkę można dodrukować, natomiast tradycyjne po wyczerpaniu podstawowego nakładu niekoniecznie kwapią się do dodruków, bo nie mogą dodrukować kilku egzemplarzy, tylko muszą przynajmniej kolejny tysiąc. Stąd pojęcie „nieokreślonego nakładu”, w domyśle nieograniczonego, bez żadnych górnych limitów. Przypomina to udowadnianie, że jak wyjmiemy drzwi z futryny, to zabezpieczymy się przed kradzieżą, bo złodziej nie będzie miał czego wyłamać. Ów nieograniczony nakład w praktyce jest minimalny, daleko mniejszy niż w normalnym wydawnictwie, nawet jeśli to rzeczywiście ograniczy się tylko do podstawowego nakładu.
W innym miejscu My Book przyznaje uczciwie:

Ze względu na specyfikę wydawnictwa (druk każdego egzemplarza specjalnie na zamówienie klienta) nasze książki nie są dostępne na półkach w księgarniach stacjonarnych.

Żeby osłabić tę nieprzyjemną wiadomość My Book dodaje pustą deklarację:

Inne kanały sprzedaży zależą od warunków aktualnie oferowanych przez dystrybutorów i mogą ulegać zmianom.

Warunki aktualnie oferowane przez dystrybutorów książek są niezmienne od lat: żeby w ogóle rozmawiać o rozprowadzaniu przez nich książek, wydrukowany nakład trzeba dostarczyć do hurtowni. Jak nakładu nie ma, nie ma o czym rozmawiać.

Starannie wybrane przez nas drukarnie gwarantują wysoką jakość druku i oprawy.

Sami możemy sobie starannie wybrać drukarnię, która wykona dla nas usługę tak samo wysokiej jakości, jak dla My Booka.

Korzystna umowa - My Book nie przejmuje wyłącznego prawa do rozpowszechniania utworu - autor może nadal dowolnie rozporządzać swoim tekstem, np. wydać go w innym wydawnictwie.

Tylko teoretycznie. Żadne normalne wydawnictwo nie opublikuje utworu, jeśli nie dostanie do niego praw na wyłączność. Inaczej wkładałoby pieniądze w reklamę i promocję, a korzystałby z niej również My Book.

Od każdego sprzedanego egzemplarza autor otrzymuje honorarium w wysokości 20% ceny katalogowej wydania papierowego.

Innymi słowy, My Book bierze 80%. Za co? „Wydawnictwo” nie wydaje grosza na redakcję i korektę (albo książka idzie bez redakcji albo tymi kosztami również obciąża się autora), nie płaci grafikowi za okładkę, bo tę ma dostarczyć autor (albo też dodatkowo zapłacić, jeśli chce wykorzystać jakiś gotowy wzorek z oferty My Booka), nie ponosi kosztów dystrybucji (45% ceny okładkowej książki rozprowadzanej tradycyjnie trafia do hurtownika i księgarza!), nie inwestuje w reklamę ani w promocję (nawet nie rozsyła egzemplarzy recenzenckich).

Zapewniamy krótki cykl wydawniczy - książka ukazuje się najpóźniej 3 miesiące od podpisania umowy, a niejednokrotnie nawet wcześniej.

Pozornie zaleta w stosunku do normalnego wydawnictwa, gdzie cykl wydawniczy trwa co najmniej pół roku. Tyle że to pół roku jest potrzebne, by przygotować rynek na nadchodzący tytuł, tak by książka została nie tylko wydana, ale i sprzedana.

Nadajemy książkom numer ISBN, co zapewnia autorowi obecność książki w Bibliotece Narodowej w Warszawie i Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie.

Właściciele My Booka równie dobrze mogliby chodzić po ulicach i oferować przechodniom powietrze do oddychania. Numery ISBN przyznaje Biblioteka Narodowa bez łaski każdemu, kto o nie wystąpi. Każdemu, nie tylko firmom wydawniczym. Nic to nie kosztuje, nie trzeba niczego uzasadniać, chcę wydać książkę (choćby jedną), piszę do BN i z automatu dostaję numer, który tej swojej książce nadaję. Niewykorzystanie przyznanego numeru, bo na przykład książki nie uda się wydać z przyczyn obiektywnych albo wydający się rozmyśli, nie wiąże się z żadnymi sankcjami.
Nie rozumiem też, dlaczego ma to być taką wielką zaletą, że książka znajdzie się w dwóch bibliotekach na cały kraj. Mieszkańcy innych miejscowości z pewnością się tam nie pofatygują, tylko będą korzystać ze swoich lokalnych bibliotek, w których Mybookowych autorów przecież się nie uświadczy.

Przystępna opłata za wydanie i jasne zasady wyceny - sprawdź w kalkulatorze kosztów.

No to zobaczmy tę przystępną opłatę.

Kosztorys My Booka

250-stronicowa książka w nakładzie 20 egzemplarzy w formacie A5 kosztuje 2175 zł.

Sprawdźmy teraz, ile kosztowałby nas druk identycznej książki, gdybyśmy nie korzystali z pośrednictwa My Booka, tylko udali się prosto do drukarni.


Kosztorys Sowy

364 zł netto, więc jeśli doliczymy VAT, wyjdzie 444,08 zł. Blisko pięć razy taniej niż w My Booku! Jest mały haczyk, bo Sowa nie przyjmuje zleceń poniżej pewnej wielkości i 20 egzemplarzy wydrukować nie możemy. Musimy wydrukować 30. Ale - tu niespodzianka - wyniesie nas to taniej niż druk dwudziestu i to nie tylko biorąc pod uwagę koszt jednego egzemplarza, ale i całości. Czyżby Sowa oferowała dużą gorszą jakość niż drukarnie, z którymi współpracuje My Book? Ponieważ korzystałem z jej usług, mogę własną głową ręczyć, że nie. Książki były wydrukowane bardzo starannie. Czyli to jest po prostu marża, którą bierze My Book. Bagatela, prawie 500%. Łapczywość pośredników jest mi znana, bo jako tłumacz współpracuję z biurami tłumaczeń, ale najbezczelniejsze, z jakimi się dotąd zetknąłem, brały tylko 300% marży. Tak, tak, dostrzegam dopisek:

Powyższa cena obejmuje druk wybranej liczby egzemplarzy autorskich oraz nieograniczonej liczby książek dla klientów księgarni My Book.

Innymi słowy, My Book będzie w tej cenie drukował książki, gdyby ktoś w ich księgarni rzeczywiście je kupował. Tyle że, przypomnijmy, My Book bierze 80% ceny sprzedanej książki, co z nawiązką pokrywa koszt druku dalszych egzemplarzy. Poza tym, jak widać z oferty drukarni, My Book może zarobić jeszcze więcej, drukując taniej 30 egzemplarzy, 20 dając autorowi, a 10 chowając na dalszą sprzedaż. My Book podaje, że wydał łącznie 196 tytułów, co oznaczałoby, że przy 10 dodatkowych egzemplarzach każdego miałby do przechowywania niecałe dwa tysiące egzemplarzy. Tyle zmieści się w pokoju w mieszkaniu, nawet specjalnie go nie zawalając (wiem, bo testowałem), czyli taka operacja nie generowałaby dodatkowych kosztów w postaci wynajmowania magazynu.

My Book stara się to zdzierstwo wyjaśnić.

Co składa się na koszt wydania książki otrzymywany z kalkulatora?
Podstawowa cena obejmuje:
- przegląd redakcyjny, czyli stwierdzenie prawidłowości wstępnego przygotowania tekstu przez autora

Mętne to. Jeśli chodzi o stwierdzenie, czy książka nadaje się do wydania, to wszystkie normalne wydawnictwa propozycje wydawnicze rozpatrują gratis. A jeśli o redakcję, to przecież według kalkulatora może jej nie być, a jeśli jest, to koszt rośnie.

- skład tekstu

Rzeczywiście tego kosztu nie ma nigdzie indziej.

- przygotowanie okładki

Przecież okładkę ma dostarczyć autor, a jeśli bierze jakąś z oferty My Booka, musi za to dodatkowo zapłacić, przy czym najdroższe okładki kosztują ponad 900 zł!

- koszt druku i wysyłki egzemplarzy autorskich i obowiązkowych bibliotecznych

Wysyłka tych ostatnich jest zgodnie z przepisami bezpłatna, w miejscu znaczka pisze się „obowiązkowy egzemplarz bilioteczny” i poczta wykonuje usługę gratisowo.

- sprzedaż w księgarni My Book przez czas nieograniczony (chyba że autor zdecyduje inaczej, np. przez 5 lat)

A jaki to jest koszt poza tym, że jakiś pracownik tę sprzedaż obsługuje? No i przecież My Book bierze za tę sprzedaż dodatkowo 80% ceny książki.

- podatek VAT (22%)

Aha. Jak koszty nie mają żadnego uzasadnienia, to wpisuje się wszystko, co się da, z sensem czy bez, byleby pozycji było więcej.

Wniosek z tego wszystkiego? Drogi pisarzu in spe, jeśli chcesz rzeczywiście wydać książkę, a nie mieć ułudę jej wydania, firmy typu My Book omijaj szerokim łukiem. I uważaj, bo te, świadome, że adepci pisarstwa powoli zaczęli się orientować, że publikacja w systemie POD tak naprawdę nie ma nic wspólnego z rzeczywistym wydaniem książki, starają się prezentować jako normalne wydawnictwa. Jak poznać, czy mamy z takim do czynienia? Bardzo prosto. Normalne wydawnictwo nie bierze od autora żadnych pieniędzy, tylko samo mu płaci (zaliczkę przy przyjęciu tekstu do druku, a potem tantiemy od sprzedaży) i samo pokrywa wszelkie koszty wydania. Czyli na żądanie jakichkolwiek opłat jakkolwiek nazwanych (np. kaucją) powinien odezwać się nam dzwonek alarmowy. Pisarstwo jest zawodem, pisanie ciężką pracą, pisarz tworzy produkt, na którym wydawnictwo zarabia, więc autorowi należy się wynagrodzenie. Co w sytuacji, kiedy żadne wydawnictwo nie chce wydać naszej książki? Szkolić warsztat i próbować do skutku (nie przez pół roku, tylko przez kilka lat). Obecnie sytuacja na rynku i nastawienie wydawców są takie, że polski autor prędzej czy później znajdzie wydawcę, jeśli jego teksty nadają się do druku. Jeśli nie znajdzie, powinien przyjąć do wiadomości, że zwyczajnie nie ma predyspozycji do tego zawodu i zdecydować się na inny, z korzyścią dla siebie i potencjalnych czytelników.

(maj 2010)

Tłumacz literatury

Pozycja tłumacza literatury przypomina pozycję lekarza w ubiegłej dekadzie: duży prestiż przy mizernych zarobkach. Może dlatego niektórzy chętnie posługują się tym tytułem, choć nie mają cierpliwości, by przysiąść na czterech literach na czas potrzebny do przetłumaczenia książki. Swego czasu natrafiłem na ogłoszenie, że odbędzie się panel poświęcony literaturze szwedzkiej, w którym wezmą udział „młode tłumaczki” tejże literatury. Dorobek „młodych tłumaczek” zamykał się wówczas w dwóch przypadkach liczbą opublikowanych książek zero, a trzecia miała na swoim koncie całą jedną. Pokazać się wśród ludzi, podyskutować, ogłosić się dumnie tłumaczem literatury, to jest atrakcja, a nie siedzenie w czterech ścianach i bawienie się we współczesnego benedyktyna (no bo w tłumaczeniu zawiera się przecież element przepisania książki). Nasuwa się więc pytanie, kiedy to miano staje się zasadne. Chyba nikt (poza samymi zainteresowanymi) nie ma wątpliwości, że nie po publikacjach prasowych. Prawdziwym testem umiejętności jest wydanie przekładu w formie książkowej. Pytanie, czy jeden wystarczy. W przypadku literatury szwedzkiej przemawiałoby przeciwko temu spojrzenie na bibliografię przekładów. Kilkadziesiąt (czyli znakomita większość) nazwisk tłumaczy pojawia się w niej tylko raz. Nie umiem powiedzieć, z czego to wynika, ze zniechęcenia, że wydanie książki jest takie trudne, czy jednak aż tak dużo osób po pierwszym przekładzie przekonuje się, że tłumaczenie literatury to zajęcie wcale nie dla nich. Za dorobkiem przynajmniej dwóch przekładów książkowych kwalifikującym do miana tłumacza literatury przemawiałaby też analogia do pisarzy. Nie tylko trzeba mieć dwie napisane książki, żeby móc wstąpić do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale i w powszechnym odczuciu za pisarza uchodzi się, kiedy potwierdzi się, że pierwsza powieść nie była efemerydą. Jeden z moich znajomych (niezwiązany ze środowiskiem literackim), kiedy wręczyłem mu „Kanalię”, zapytał mnie, czy planuję kolejną powieść, „bo wtedy będzie mógł się pochwalić, że ma kolegę pisarza.”
Ten pęd do tytułowania się tłumaczem literatury jest o tyle dziwny, że poza środowiskiem tłumacz jest nikim. Dla przeciętnego czytelnika czy krytyka nie istnieje. Naczelna krytyczka literacka kraju, kiedy omawia w swoim programie powieści zagranicznych autorów, nie ma w zwyczaju podawania nazwisk tłumaczy. Czyżby ziściły się nasze wielkomocarstwowe zapędy i wszędzie na świecie pisali po polsku? Proszę spojrzeć na poniższe dane bibliograficzne książki:

dane bibliograficzne książki

Recenzentka podaje absolutnie wszystko, co się da, z wyjątkiem nazwiska tłumacza. No bo i po co? Tłumacz jest mało ważny. Kudy tam, że spędził kilka miesięcy nad książką, że przez rok dobijał się do wydawnictw, gdzie traktują go nie jak potencjalnego współpracownika, tylko uciążliwego akwizytora, że to dzięki jego uporowi autorka zaistniała na polskim rynku. (Gwoli sprawiedliwości: recenzentka zareagowała na krytykę i zaczęła podawać nazwiska tłumaczy.) „Sztuka bycia Elą” stała się hitem wśród polskich blogerek piszących o książkach, ale tylko nieliczne raczyły zauważyć, że ktoś tę książkę przełożył. A domagam się wyłącznie odnotowania suchego faktu, tłumaczył ten i ten, bo choć oczywiście jestem próżny i żądny pochwał, to uważam, że przeciętny czytelnik czy recenzent nie ma kwalifikacji, żeby przekład oceniać, czy to pozytywnie czy negatywnie.
Oczywiście większości bynajmniej nie przeszkadza to w wieszaniu psów na tłumaczach, przykład takiego krytykanctwa mamy tutaj:


dyskusja na Goldenline

Córkowska nie zna oryginałów, co jest warunkiem sine qua non, żeby oceniać przekład, w tych kilku zdaniach sadzi takie byki, że rodzi się pytanie, jakim cudem została przyjęta na studia humanistyczne, ale nie przeszkadza jej to dezawuować cudzej pracy. Bez żadnego uzasadnienia, bez przykładów, po co ryzykować rzeczową krytykę, na którą tłumacze (Söderberga poza mną tłumaczyła też Ewa Gruszczyńska) mogliby odpowiedzieć i wykazać, że Córkowska ma takie pojęcie o przekładzie literackim jak głuchy o muzyce. Co trzeba jej zapisać na plus to fakt, że przynajmniej nie ukrywa swojej indolencji za pseudonimem, tylko występuje pod nazwiskiem. Doceniam to, bo dorobiłem się już małego anonimowego fan clubu, który po moich wystąpieniach dostaje histerii i napada na mnie w Internecie, zarzucając mi brak kultury i choroby psychiczne (jak wiadomo, opluwanie innych zza anonimowej gardy jest przejawem wyniesionej z domu kindersztuby i zdrowych relacji z otoczeniem).
Wracając do dezawuowania osiągnięć tłumaczy, jednym z bardziej obrzydliwych jest strona znana pod nazwą „Lista tłumoków”. Jej założycielowi wydaje się bardzo zabawne, że znalazł obraźliwe określenie podobne do słowa tłumacz, tymczasem w obrażaniu ludzi nie ma nic zabawnego. Złego tłumacza możemy nazwać partaczem, fuszerem czy ignorantem, ale nie tłumokiem. Tak samo jak grafomański pisarz to nie debil, a fałszujący piosenkarz to nie kretyn. Do tego dochodzi stalinowska metoda kwalifikowania na tę listę: na podstawie donosu, że tłumaczenie jest złe, bez sprawdzania, czy tak jest rzeczywiście. „Ocena” sformułowana przez Córkowską o przekładach Söderberga uzasadniałaby wpisanie mnie na tę listę. I w sumie żałuję, że się na niej nie znalazłem, jak jej pomysłodawca zapłaciłby wysokie odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych, przemyślałby swoje poczucie humoru. Dziwi mnie tylko, że osoby tam wymienione tolerują takie uwłaczanie ich godności.
Na polskim rynku mamy masę słabych przekładów, ale winni są temu nie tylko tłumacze. Mało kto pracuje w tak niesprzyjających warunkach. Tłumacz dostaje groszowe honorarium i to zwykle dopiero po zakończeniu pracy albo w ogóle po wydaniu książki (czyli w trakcie tłumaczenia musi jeszcze martwić się, jak zarobić na życie), na ogół mniej niż połowę czasu, który tak naprawdę jest potrzebny, żeby solidnie wykonać przekład, redakcja - zwłaszcza w przypadku rzadszych języków - na ogół nie uwzględnia kolacjonowania, czyli porównania przekładu z oryginałem, bo etatowy redaktor nie zna danego języka, a zlecanie redakcji na zewnątrz to dodatkowe koszty - i w efekcie do księgarni trafia właściwie półprodukt. Czy coś można na to poradzić? Jak pokazuje przykład z Underdogiem krytyka nie robi na wydawnictwach najmniejszego wrażenia, co oznacza, że nie wpływa na decyzje o zakupie ani nie skłania czytelników do oddania bubla i domagania się zwrotu pieniędzy. Można, jak słowo obraz/terytoria, wypuścić parodię przekładu i na tym zarobić. Mam pomysł, jak można by zmusić wydawnictwa do dbania o jakość przekładu, pewnie nierealizowalny, ale go przedstawię. Przy Bibliotece Narodowej albo Instytucie Książki powinna powstać komórka monitorująca jakość przekładów. Wystarczy jeden pracownik, który zlecałby kompetentnym osobom analizę tłumaczeń losowo wybranych książek, po czym raz w roku sporządzał - i to jest istota tego pomysłu - ranking wydawnictw. Prasa uwielbia wszelkiego rodzaju rankingi, zestawienia, że wydawnictwo A publikuje kongenialne przekłady, a wydawnictwo B gnioty, z pewnością chętnie by zamieszczała. A takie nagłośnienie mogłoby już się przełożyć na sprzedaż. Więcej czytelników rzuci okiem na punktowe zestawienie i je zapamięta, niż przeczyta szczegółową recenzję ze wskazaniem wszystkich plusów i minusów przekładu. Że na to trzeba by wydać pieniądze podatników? Ten argument przeciw byłby zasadny, gdybyśmy z podatków nie łożyli na kulturę. Ale łożymy. A tłumaczone książki stają się elementem naszej kultury. Co więcej, język tłumaczeń ma większy wpływ na polszczyznę Polaków niż język oryginalnych utworów polskich pisarzy, bo chyba mało kto czyta więcej rodzimych autorów niż zagranicznych. Jak chełpliwie, ale słusznie zauważa tłumacz będący bohaterem opowiadania „In Dichters Lande” Zbigniewa Kruszyńskiego: „Nikt (...) nie napisał tylu powieści, ile zostało przetłumaczonych.”
Nie da się też podnieść jakości tłumaczeń bez zapewnienia tłumaczom literatury godziwych zarobków, tak by na ten zawód decydowali się ludzie rzetelni, sprawnie wykonujący swoje obowiązki, kiedy im za to przyzwoicie płacą (a nie fuszerzy, którzy za wszelką cenę chcą zobaczyć swoje nazwisko wydrukowane na stronie tytułowej książki). I nie domagam się tu znacząco wyższych kwot od wydawców, ci, jeśli są w stanie podnieść honoraria, to niewiele. Żaden wydawca nie zdoła zapłacić za czas, który trzeba poświęcić na przekład Söderberga (inna sprawa, że wydawcy w ogóle nie różnicują, za przekład trudnego tekstu płacą tyle samo, co banalnie prostego, patrząc wyłącznie na objętość). Czego brakuje, to stypendiów twórczych dla tłumaczy. Dostrzegliśmy już, że należy wspierać tłumaczy literatury polskiej na języki obce, ale nie dojrzeliśmy jeszcze do tego, żeby zadbać o rodzimych. Dostrzegamy, że ci pierwsi promują polską kulturę, nie widzimy, że ci drudzy ją współtworzą. Niby są oznaki poprawy, ostatnio nagroda Angelusa stała się też nagrodą dla tłumacza (przyznawaną jednak według nonsensownego kryterium, nagradzany jest tłumacz zwycięskiej książki, która wcale nie musi być najlepiej przetłumaczona), ale wysokie nagrody nie są rozwiązaniem. Mają bowiem to do siebie, że po pierwsze dostają je nieliczni, po drugie są jednorazowe. Tymczasem tłumaczy należałoby wspierać regularnymi stypendiami średniej wysokości, pomyślanymi jako dodatek do honorariów za książki, umożliwiającymi im poświęcenie się pracy twórczej.

(luty 2010)

Socjalistyczna Republika Graficzna

Mimo że PRL staje się coraz odleglejszym wspomnieniem, enklawy socjalizmu jak poczta czy górnictwo mają się doskonale. Nie ma się temu co dziwić, bo socjalizm choć narzucony nam siłą tak naprawdę idealnie trafił w polską mentalność. Czego dowodzi fakt, że socjalistyczne myślenie przetrwało też w całkowicie wolnorynkowym zawodzie jakim jest zawód grafika.

okładka

Standardowo w wydawnictwach wykonanie okładki zleca się w ten sposób, że stale współpracujący z wydawnictwem grafik przygotowuje kilka projektów i z nich wybiera się najlepszy. Startując ze swoim wydawnictwem, postąpiłem podobnie, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że ta metoda, choć powszechna, się nie sprawdza. Chociaż współpracowałem z bardzo dobrą graficzką, czasami żadna z zaproponowanych okładek nie pasowała mi do książki. Zrozumiałem, że źle zrobiłem, szukając dobrego grafika, że trzeba szukać dobrej okładki. I wpadłem na pomysł konkursu. Wydając „Jezusa Barabasza” urządziłem konkurs: chętni mieli przysyłać projekty okładek, z których coś bym sobie wybrał. To rozwiązanie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jedna z nadesłanych propozycji idealnie, moim zdaniem, oddawała treść i charakter książki, była tą okładką, którą sam bym zrobił, gdybym miał pomysł i jakiekolwiek uzdolnienia plastyczne. W konkursie na okładkę „Niebłahych igraszek” również jedna z propozycji wspaniale współgrała z powieścią. Ponieważ w konkursach zwyciężyły dwie różne osoby, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że ta metoda szukania wykonawcy jest optymalna. Gwarantuje okładkę, która jest, powiedzmy górnolotnie, wizualną emanacją duszy książki.

okładka

Kiedy publikowałem swój poradnik „Jak wydać książkę”, po raz pierwszy zamieściłem ogłoszenie na grupie dyskusyjnej. I doznałem szoku. Reakcją była chamska napaść, plucie i obrażanie w stylu, przy którym epitety prezesa Kaczyńskiego pod adresem politycznych przeciwników to pieszczotliwe określenia. Z tego, co się zorientowałem (na początku, potem oczywiście nie czytałem), użytkownicy mieli pretensje o dwie rzeczy: że w ogóle jest konkurs, bo przecież należałoby ich, koryfeuszy zawodu, podjąć za nogi i uniżenie poprosić o przyjęcie zlecenia, i że mają podać, jakiego wynagrodzenia oczekują za wykonanie okładki, bo podejrzewali, że jest to sposób, by nabyć okładkę jak najtaniej.

okładka

Nie do końca słusznie, bo wtedy nie robiłbym konkursu i nie prosił o projekty, tylko dał ogłoszenie „kto mi zrobi okładkę za grosze”. Owszem, jeśli będę miał dwie równorzędne propozycje (dotąd się to nie zdarzyło), wybiorę tańszą, ale w gospodarce rynkowej nie ma w tym nic zdrożnego, przeciwnie, tak się kręci ta karuzela, że każdy próbuje kupić taniej, a sprzedać drożej. Czasy, w których za okładkę płaciło się według tabel ZPAP-u, szczęśliwie minęły, choć, jak widać, nie wszyscy przyjęli to do wiadomości.
Jeden z oburzonych zaznaczył, że on, wybitny grafik z wieloletnim doświadczeniem, owszem, ewentualnie mógłby zniżyć się do współzawodnictwa z żółtodziobami, dla których są takie „konkursidła”, i „wykonać darmowy projekt”, gdyby wiedział, jaką kwotę zamierzam wyłożyć. No cóż, osobiście od fachowca oczekuję, że będzie znał ceny w swojej dziedzinie. I najwyraźniej żółtodzioby w przeciwieństwie do wybitnego grafika tę wiedzę posiadły, bo roszczenia oscylują zwykle w przedziale kwot płaconych przez wydawnictwa za okładki. Zdarzają się propozycje dużo tańsze i dużo droższe, ale co ciekawe, poziom i jednych, i drugich jest beznadziejny, co potwierdza moją tezę, że specjalista z prawdziwego zdarzenia wie, ile za jego umiejętności płacą.
Przez chwilę wydawało mi się, że w sformułowaniu „darmowy projekt” dostrzegłem przyczynę tego niesłychanego oburzenia. Może przygotowanie wstępnego projektu jest zbyt pracochłonne? Ale nie. Poszczególni uczestnicy nadsyłali taką liczbę propozycji, że byłem zmuszony ograniczyć ich liczbę do trzech. Tłumacz starający się o przekład książki i mający przygotować 10-stronicową próbkę, na pewno nie zrobi 60-stronicowej, gdyż to za duży wkład pracy. Tymczasem sześć projektów okładek od jednego grafika wcale nie było rekordem.
Firmy startują w przetargach, aktorzy biorą udział w castingach, tłumacze przygotowują próbki i wszyscy uważają za coś normalnego, że o zlecenie trzeba powalczyć, tylko graficy chcieliby dostawać zlecenia za zasługi. Ja mam większe portfolio, więc mi się należy. Tyle że jak przeglądam nadesłane prace, to widzę, że im większe portfolio, tym mniejsza świeżość spojrzenia. Okładka na poradnik „Jak wydać książkę”? Gros propozycji od doświadczonych grafików: motyw książki i maszyny do pisania, bo co innego można dać na okładkę takiego poradnika. A jednak można, o czym świadczy zwycięska praca, którą wykorzystałem (ale, dodajmy uczciwie, nadesłana też przez doświadczonego grafika).
Innym przejawem socjalistycznej mentalności grafików jest domaganie się regulaminu. „Gdzie jest regulamin konkursu, dlaczego nie ma regulaminu, jestem oburzony, pierwszy raz biorę udział w konkursie, w którym nie ma regulaminu.” To nie bierz udziału, jeśli nie możesz żyć bez regulaminu, chciałoby się powiedzieć, nie ma przymusu. Regulaminomania to objaw polskiego zamiłowania do biurokracji. Z biurokracją jest jak z socjalizmem, narzucona, ale ją kochamy. Wiedzą o tym wszyscy przedsiębiorcy, którzy zgodnie z prawem usiłują wystawiać faktury bez pieczątki i podpisu, bo od pięciu lat nie ma takiego wymogu. „Otrzymaliśmy od państwa fakturę bez podpisu, prosimy o dosłanie podpisanej. Prawo nie wymaga. Ale nasza księgowa tak, więc prosimy podpisać.” Regulamin jest obowiązkowy, kiedy ogłasza się przetarg czy konkurs, w którym będą wydatkowane publiczne pieniądze. A za okładkę płacę ze swojej kieszeni i zasady podaję w ogłoszeniu. Wybieram zwycięski projekt i z jego autorem nawiązuję współpracę, zaś pozostałym uczestnikom przesyłam informację, że ich prac nie wykorzystam. I docenia to każdy, kto kiedykolwiek próbował współpracować z polskimi wydawnictwami i przekonał się, że odpowiadanie na przesyłane propozycje (choć o te propozycje proszą) nie jest respektowaną przez nie normą kultury.
(wrzesień 2009)

Gatunek: tłumacz

Wędrując sobie po sieci, natrafiłem na artykuł o zawodzie tłumacza. Ponieważ ten właśnie zawód wykonuję, artykuł mnie zaciekawił i go przeczytałem. Po przeczytaniu spadłem z krzesła. Po wdrapaniu się z powrotem na krzesło, postanowiłem to kuriozum skomentować. Fragmenty artykułu niebieskim kolorem.

Znawcy przedmiotu wiedzą, że nie ma tłumaczeń idealnych i każde stanowi mniej lub bardziej wierną trawestację, przeróbkę oryginału.
Znawcy przedmiotu wiedzą, że istnieje takie pojęcie, jak przekład ekwiwalentny. Mówiąc bardziej zrozumiale: kongenialny. Trawestacja ma się tak do przekładu, jak odbicie w krzywym zwierciadle do odbicia w lustrze.

Ponieważ jednak kwestia tłumaczenia jest skomplikowana, wśród tłumaczy rozróżnia się najrozmaitsze odmiany: tłumacza literackiego, przysięgłego, kabinowego, symultanicznego i kilka innych.
No i dowiedzieliśmy się, że tłumacz to coś w rodzaju zwierzęcia, które występuje w bardzo ciekawych odmianach. Równie dobrze można podzielić chirurgów na neurochirurgów, chirurgów mających uprawnienia biegłego sądowego, kardiochirurgów, chirurgów wykonujących operacje serca i kilku innych. Tłumacz kabinowy i symultaniczny to jedno i to samo. Tłumaczenie symultaniczne to tłumaczenie jednoczesne, a kabina jest sprzętem takie tłumaczenie umożliwiającym.
Tłumaczy można podzielić na pisemnych i ustnych. W zasadzie są to dwa odmienne zawody, bo wymagają przeciwstawnych predyspozycji. W niektórych językach, na przykład w niemieckim i szwedzkim, na określenie tych dwóch specjalności występują dwa różne słowa. Tłumaczy ustnych można podzielić na symultanicznych i konsekutywnych (w tym wypadku tłumacz czeka, aż mówiący zakończy wypowiedź lub jej część, i dopiero wtedy tłumaczy). Pisemnych w zależności od rodzaju tłumaczonych tekstów na technicznych, ekonomicznych, literackich itd. To trochę płynne, bo na ogół rzadko przekłada się tylko jeden rodzaj tekstów, ale rzeczywiście można mówić o specjalizacji. Tłumacz przysięgły to osobna kategoria. Jako jedyny musi mieć formalnie potwierdzone umiejętności. Pisemnie zajmuje się głównie tłumaczeniem dokumentów, a jego pieczątka nadaje tłumaczeniu moc urzędową, natomiast ustnie tłumaczy w sytuacjach oficjalnych (proces sądowy, ceremonia ślubna, przesłuchanie przez policję itp.).

Predyspozycje: Choć liczba osób znających języki obce jest spora, to nie każdy może zostać tłumaczem.
Święta prawda. Choć każdy umie biegać, nie każdy może zostać sprinterem.

Tłumacz nie tylko bowiem musi znać język, ale musi go opanować doskonale.
Święta prawda. Jak ktoś chce zostać sprinterem, musi biegać szybciej od innych.

Nie wystarczą tu predyspozycje językowe - konieczny jest jeszcze talent językowy w dziedzinie komunikacji słownej.
A jak ktoś nie ma „talentu językowego w dziedzinie komunikacji słownej”, to może zostać tłumaczem pisemnym czy nie?

Niezbędne są umiejętności łatwej komunikacji z innymi, a więc talenty interpersonalne (jeśli pracuje z ludźmi).
Jak pracuje w kabinie, to pracuje z ludźmi czy nie?

Potrzebna jest wyobraźnia, dokładność i precyzja w wyrażaniu się oraz myśleniu.
Można powiedzieć, że tak samo jak przy pisaniu artykułów.

Jak każdemu filologowi, tłumaczowi potrzebne jest także tzw. ucho językowe, a więc większa niż przeciętnie wrażliwość na słowo.
Myślałem, że ucho językowe to takie z dłuższym płatkiem i już chciałem iść do lustra sprawdzić, czy nadaję się na tłumacza, ale na szczęście doczytałem do końca. Tylko nie wiem, co to jest ta wrażliwość na słowo. Że niby jak tłumacz usłyszy słowo „rozpacz” to płacze, wybucha śmiechem, kiedy ktoś powie „radość”, a dyskretnie rzucone „seks” go podnieca?

Jeśli chce być tłumaczem symultanicznym, musi mieć odpowiednią prezencję i kulturę bycia
Bo, jak wiadomo, tłumacz konsekutywny może tłumaczyć na spotkaniu biznesowym w dresie, a przysięgły w trakcie rozprawy sądowej na kacu.

a także refleks i umiejętność koncentracji, nawet w zgiełku
W jakim zgiełku jak ma kabinę?

Jeśli chce być tłumaczem przysięgłym, powinien być odpowiedzialny
Właśnie. Odpowiedzialność to jest najważniejsza cecha tłumacza przysięgłego. No bo jakby taki nieodpowiedzialny przetłumaczył na przykład akt ślubu, to potem nie wiadomo by było, czy ten akt ważny czy nieważny, a jak to tak na kocią łapę?

jeśli zaś ma zamiar zostać tłumaczem literackim, powinien być zarazem pisarzem
O w mordę jeża! A ja pisarzem zostałem dopiero po przetłumaczeniu dziesięciu książek. To znaczy, że te dziesięć się nie liczy?

i posiadać dar przekładania nie tylko słów, ale i wyobrażeń, kontekstów kultury, a nawet melodii języka.
- Redaktorze, książkę tłumaczowi odesłać do poprawki.
- Dlaczego? Przecież przekład jest dobry.
- Gdzie tam dobry? Wyobrażeń nie przetłumaczył ani kontekstów kultury!
- Jakich kon...
- Melodii języka też nie przełożył, fuszer jeden, pan słyszy melodię?
- Nic nie słyszę, cicho jest.
- No właśnie. Odesłać!


Z chwilą, kiedy rozwinęły się kultury różnych narodów, a ich relacje stały się częstsze, pojawił się też zawód tłumacza
To jest oczywiście propaganda tych samych wrażych sił, które utrzymują, jakoby człowiek pochodził od małpy. Zawód tłumacza pojawił się, kiedy Pan Bóg pomieszał języki budowniczym wieży Babel. Wtedy szatan przyniósł na grzbiecie tłumacza, żeby mogli kontynuować budowę. Tłumacz to po prostu szatańskie nasienie.

Dziś translatologia, czyli wiedza o przekładzie językowym
W odróżnieniu od jakiego przekładu?

jest dyscypliną uniwersytecką (...). I choć wiedzy o przekładzie nie naucza się na odrębnych studiach, na wielu filologiach w kraju prowadzi się specjalności translatologiczne, często bardzo praktyczne i pod kątem określonych potrzeb rynku pracy.
To jak, naucza się wiedzy o przekładzie, czyli teorii, czy praktycznego tłumaczenia?

Współcześnie praca tłumacza znacznie się zmieniła. Pojawiły się słowniki elektroniczne, urządzenia do tłumaczeń kabinowych, nagłośnienie i technika multimedialna.
Przed pojawieniem się nagłośnienia tłumacz biegał do każdego słuchacza na sali, co znacznie wydłużało proces tłumaczenia, nie mówiąc o tym, że musiał mieć dobrą kondycję. Dzięki słownikom elektronicznym tłumacze, którzy nie znają alfabetu, nie tracą masy czasu na szukanie słówek w papierowych.

Tłumacz to profesja bodaj najbardziej prestiżowa wśród filologów i jedna z najbardziej atrakcyjnych. Co prawda, nie jest on bardzo widoczny w miejscach, gdzie pracuje (jego rolą jest tłumaczenie, a nie prezentowanie się mediom)
I dlatego chowa się w kabinie.

jednak często pojawia się w ciekawych miejscach
Wyskakuje z kabiny i woła „a kuku!”

a jako autor tłumaczeń literackich jest znany z książek oraz czasopism.
Że niby piszą o nim książki i artykuły? O mnie, łobuzy, nie piszą. Protestuję!

Jako tłumacz przysięgły należy do grupy zawodów wolnych stosunkowo nieźle wynagradzanych. Z tych wszystkich powodów tłumacz należy do zawodów elitarnych, szanowanych i nieźle wynagradzanych.
Należy do nieźle wynagradzanych i z tego powodu należy do nieźle wynagradzanych?

Tłumaczem można zostać jedynie kończąc studia filologiczne dowolnej specjalności (dowolny język) na jednym z uniwersytetów, akademii pedagogicznych czy też uczelni niepaństwowych.
A ten bezczelny typek Boy-Żeleński śmiał przetłumaczyć kilkadziesiąt książek bez dyplomu filologii. Spalić!

Część z nich proponuje specjalności translatologiczne wybierane na wyższych latach studiów, ale generalnie ośrodków kształcenia tłumaczy nie jest w Polsce wiele.
No to jak? Tłumaczem można zostać po filologii, tych jest w Polsce od groma, ale ośrodków kształcenia tłumaczy jest niewiele?

Żeby je [studia filologiczne] ukończyć, trzeba sporo wysiłku, choćby dlatego, że już na początku studenci mają wszystkie zajęcia w języku obcym (mimo że nie znają go jeszcze dobrze).
Na takich kierunkach jak skandynawistyka, japonistyka czy bohemistyka nie znają w ogóle. To są dopiero mózgowcy, nie rozumieją, co do nich mówią, a studia kończą.

Kto jednak myśli, że filologia obca to szkoła językowa na wysokim poziomie - myli się bardzo. Wszędzie, a szczególnie na uniwersytetach studia te mają charakter właśnie filologiczny, co oznacza, że uczy się tu także historii i teorii języka, a także jego kontekstu
Studia filologiczne mają charakter filologiczny. Benedykt Chmielowski lepiej by tego nie wyjaśnił.

Filolog musi być przecież specjalistą od języka w ogóle, a dopiero potem od języka specjalizacji.
Jak to ładnie powiedziane.

Program filologii obcej nie jest zbyt elastyczny - wymaga zaliczenia wielu przedmiotów obowiązkowych
W odróżnieniu na przykład od takich studiów medycznych, gdzie zalicza się głównie przedmioty dowolne.

Najważniejsze są bloki przedmiotów gramatycznych (językoznawczych) oraz literackich.
A nam się wydawało, że praktyczna nauka języka.

Na wszystkich studiach filologicznych można wybrać orientację między językoznawczą a literaturoznawczą.
I na tym polega wyższość filologii nad seksem, w którym, jak wiadomo, orientacji sobie wybrać nie można.

Zazwyczaj od początku studenci muszą zdeklarować wybór konkretnej specjalności translatoryki, którą będą się zajmować. Do wyboru są specjalności tłumaczy konferencyjnych, przekładu literackiego, przekładu słowa żywego i tłumaczenia pisemnego tekstów specjalistycznych.
Bo na konferencjach tłumaczy się słowo martwe.

Wśród nauczanych tu dziedzin można wymienić główne bloki: strategie i techniki tłumaczenia oraz nowoczesny warsztat tłumacza i najnowsze środki techniczne. Z przedmiotów czysto translatologicznych należy zaliczyć blok pod nazwą tłumaczenie ustne, w ramach którego odbywają się sesje tłumaczeniowe.
Bloku pod nazwą tłumaczenia pisemne nie należy zaliczać do przedmiotów czysto translatologicznych?

Do tego dochodzi stylistyka języka polskiego (fonetyka i poprawność wymowy, frazeologia, analiza struktury tekstu)
Fonetyka i frazeologia są działami stylistyki?

W ostatnich latach w Polsce zmalał rynek pracy dla tłumaczy profesjonalnych, bo - w związku z lepszym wykształceniem sekretarek czy asystentek - to one przejęły częściowo funkcje tłumaczy. Tłumacz nie jest już - jak kilkanaście lat temu - zawodem egzotycznym.
Może uporządkujmy fakty. Do 1989 roku tłumacz był zawodem egzotycznym, bo Polska była odcięta żelazną kurtyną, a w naszym bloku wszyscy i tak porozumiewali się po rosyjsku, gdyż młodzież socjalistyczna w duchu braterstwa, pojednania i przyjaźni między narodami wkuwała ruskie słówka z takim zapałem, że aż jej z uszu gwizdało. Po przełomie otworzył się rynek pracy dla tłumaczy profesjonalnych. Niestety, jak na złość zmieniliśmy jeden blok na drugi, weszliśmy do Unii i tłumaczy wyrugowały sekretarki i asystentki. Tłumacze już nogami przebierali, że będą w unijnych instytucjach pracować, bo to istna wieża Babel (tak, ta sama, której tłumacz zawdzięcza swe istnienie), a tu guzik. Te skubane sekretarki i asystentki pokazały tłumaczom wała i same pojechały do Brukseli.

Wciąż jednak wysokiej klasy profesjonaliści, niezbędni w kontaktach rządowych, samorządowych, administracyjnych i w prywatnym biznesie, są niezbędni i poszukiwani.
I to jest ta nisza, w której tłumacze - po skurczeniu się dla nich rynku pracy wskutek podstępnych działań sekretarek i asystentek - znaleźli zajęcie. No jak mogli nie znaleźć, skoro są niezbędnie niezbędni.

Tłumacze mogą jednak wykonywać swoją pracę w innych dziedzinach, np. tłumaczyć filmy, instrukcje sprzętu (tłumaczenia techniczne).
Ale chyba z tą niszą coś nie tak, skoro muszą szukać pracy w innych dziedzinach.

Można też jako tłumacz współpracować z firmami na stałe albo zostać tłumaczem niezastąpionym, specjalistą, który opanował specyficzne słownictwo pewnej branży.
Tylko że jak drugi tłumacz opanuje to specjalistyczne słownictwo, będzie mógł go zastąpić. I wtedy będzie to tłumacz zastępowalny.

Specyficzną stroną tego zawodu są tłumaczenia literackie - najczęściej w formie zleceń od wydawnictw.
To się zdziwią ci, którzy myśleli, że tłumacze literaccy większość zleceń dostają z zakładów mięsnych.

Są intratne
No to zobaczmy. Wydawnictwo Red Horse podaje na swojej stronie internetowej, że płaci tłumaczom 450 zł za arkusz wydawniczy. Arkusz to 22,2 strony czyli wychodzi 20,27 zł za stronę. Tłumacz przysięgły języka angielskiego dostaje 23 zł za stronę. Wynika z tego, że literacki zarabia niewiele mniej od przysięgłego. Sęk w tym, że strona tłumaczenia literackiego liczy sobie 1800 znaków, a uwierzytelnionego 1125, czyli jest o 37,5 % mniejsza. I o ten sam procent musimy pomniejszyć wynagrodzenie tłumacza literackiego, żeby móc porównać te dwie wielkości. Wychodzi, że tłumacz literacki, jeśli też rozliczałby się w stronach 1125-znakowych, dostawałby 12,67 zł za stronę. Ponad 10 zł mniej niż przysięgły. A dodajmy jeszcze, że stawka 23 zł dla tłumacza przysięgłego jest stawką urzędową płaconą przez sądy i prokuraturę, na wolnym rynku jest ona znacznie wyższa.

na pewno dają dużo zadowolenia, ale dodatkowo wymagają literackiego wyczucia, a czasem talentu.
To prawda, że tylko czasem wymagają talentu. Widać to po licznych przekładach.

Wielu tłumaczy pracuje na zasadzie zleceń na tłumaczenia symultaniczne lub kabinowe.
A inni pracują na zasadzie zleceń na tłumaczenia pisemne lub pisane na papierze.

Wreszcie w Polsce można zostać tzw. tłumaczem przysięgłym. Droga do tego jest jednak dłuższa, bo po studiach trzeba zdać egzamin organizowany przez Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich i dopiero potem można zacząć działalność.
Jeśli ktoś chce zdawać egzamin na przysięgłego w Stowarzyszeniu Tłumaczy Polskich, to lepiej, żeby przystąpił do niego w Stowarzyszeniu Hodowców Kur. Tam łatwiej zda, a uprawnienia będzie miał dokładnie takie same, czyli żadnych.

Np. same tylko stawki tłumaczeń za stronę formatu A4 wahają się w przedziale od 20 do 40 zł
Stronę formatu A4 zapisaną petitem czy czcionką dla osób słabowidzących? Wielkością obiektywną jest liczba znaków (włącznie ze spacjami) gotowego tłumaczenia i tak w Polsce rozlicza się tłumaczenia. Łączną liczbę znaków dzieli się przez określony przelicznik (najczęściej 1800) i w ten sposób uzyskuje się liczbę stron. Podany przedział cenowy też jest wzięty z sufitu. Są osoby gotowe tłumaczyć za 10 zł za stronę (choć ich tłumaczenia nadają się wyłącznie do czytania dla rozrywki), natomiast renomowany tłumacz od 40 zł dopiero zaczyna negocjacje.

okładka książki, z której pochodzi artykuł

Ta zredagowana kulawą polszczyzną mieszanina bredni, przekłamań, humoru zeszytów i oczywistości nie byłaby warta uwagi, bo w Internecie, w którym może publikować każdy niedołęga umysłowy, podobne kwiatki nie są niczym niezwykłym, gdyby nie informacja znajdująca się pod artykułem, że tekst pochodzi z książki pt. „Zawód z pasją”. Ignorantami (słowo „autor” byłoby niewłaściwe) są Paweł Hebda i Jerzy Madejski, a cudeńko opublikowało wydawnictwo Park, które na swojej stronie internetowej wystawia sobie laurkę: „Każdej publikacji towarzyszy troska o merytoryczny i edytorski poziom. Za główny cel postawiliśmy sobie stałe utrzymywanie wysokiego poziomu naszych publikacji, przekazywanie rzetelnej wiedzy (...)” Merytoryczny poziom, wysoki poziom, rzetelna wiedza. A jakże.
(marzec 2009)

Literatura a życie

W roku 2001 brałem udział w warsztatach przekładu literackiego ze szwedzkiego na polski organizowanych przez uczelnię Södertörns Högskola pod Sztokholmem. W sześcioosobowej grupie pracowaliśmy pod okiem Zbigniewa Kruszyńskiego (autora „Schwedenkräuter” i „Powrotu Aleksandra”). Każdy tłumaczył inną książkę, czytaliśmy nawzajem swoje przekłady i je analizowaliśmy. Jednym z zadań - wspólnym dla wszystkich - było też przełożenie „Futra” z „Opowiastek” Hjalmara Söderberga. To zadanie pokazało nam, że nie ma teoretycznej idealnej wersji przekładu. Sześć osób stworzyło sześć wersji tłumaczenia i wszystkie były dobre lub bardzo dobre, choć w każdej można było coś poprawić.

Opowiastki

Jednym z kluczowych wydarzeń w tym opowiadaniu jest wypadek, do jakiego dochodzi na skrzyżowaniu sztokholmskich ulic Regeringsgatan i Hamngatan. Główny bohater doktor Henck, pośliznąwszy się na śniegu, przewraca się i najeżdżają na niego sanie. Z wypadku wychodzi cało, ale ma zniszczony płaszcz, co będzie miało dalsze, nieoczekiwane konsekwencje. Na tym zdarzeniu skupiło się nasze zainteresowanie, bo w dalszej części opowiadania jest mowa o „przedpołudniowym wypadku”, tymczasem jeden z uczestników przerobił to w swoim tłumaczeniu na „popołudniowy wypadek”. Oczywiście pozostała piątka z lekką Schadenfreude od razu wskazała na oczywisty, kłujący w oczy i szkolny błąd. Nieudolny - w mniemaniu tej piątki - tłumacz nie przejął się demonstrowanym mu oryginałem, tylko zacytował początek opowiadania, z którego jasno wynika, że doktor Henck szedł w stronę feralnego skrzyżowania „około trzeciej po południu, w zapadającym akurat zmierzchu”. Söderberg się pomylił, opisując później wypadek jako „przedpołudniowy”. Po dyskusji doszliśmy jednak do wniosku, że klasyka nie można poprawiać. Nie wyłapał błędu szwedzki redaktor, trudno, musi zostać na wieki. To też ma swój urok.
Następnego dnia po zajęciach musiałem wybrać się do Instytutu Szwedzkiego, który finansował nam pobyt, żeby załatwić jakieś formalności. Instytut mieścił się wówczas na Hamngatan. Zrobiłem zakupy w centrum, po czym skierowałem się w stronę Instytutu. Tak mi się przynajmniej wydawało. W Sztokholmie orientuję się średnio, znam poszczególne miejsca, ale nie zawsze umiem trafić z jednego do drugiego. Tym razem nie trafiłem. Nie przejąłem się tym, tylko spokojnie krążyłem sobie po centrum, będąc pewnym, że prędzej czy później dojdę do punktu, z którego będę umiał dotrzeć pod właściwy adres. Jak na złość ciągle trafiałem w nieznane sobie rejony. Kiedy już chciałem się poddać i zapytać kogoś o drogę, dostrzegłem tabliczkę z napisem „Regeringsgatan”. I przypomniałem sobie „Futro”: to na skrzyżowaniu tej ulicy z Hamngatan doktor Henck miał wypadek. Wystarczy nią pójść, a któraś z przecznic będzie szukaną przeze mnie Hamngatan. I była, bo Söderberg Sztokholm opisywał bardzo wiernie.
I jak tu twierdzić, że literatura nie przydaje się w codziennym życiu?

(styczeń 2009)

Dziesiąta woda po kisielu

„Dziś nie wypada już tłumaczyć pośrednio nawet z chińskiego i z hausa. Po prostu wstyd.” Autor tych słów, geniusz przekładu, Robert Stiller przez „dziś” rozumiał lata siedemdziesiąte, bo cytat pochodzi z „Literatury na Świecie” z 1974 r. z artykułu „Jak nie redagować dzieł pisarzy skandynawskich”. Krytyka dotyczyła faktu, że dzieła owe nie są przekładane z oryginału, tylko za pośrednictwem innych języków.
Dziś, Anno Domini 2008, taka praktyka to już nie wstyd, tylko zwykła hucpa i lekceważenie czytelnika. Hucpy dopuściło się porządne skądinąd wydawnictwo Znak, publikując ostatnio dwie powieści kryminalne norweskiej pisarki Karin Fossum, „Nie oglądaj się” i „Kto się boi dzikiej bestii”, w przekładzie nie z norweskiego, tylko z angielskiego.

okładka książki Fossum

Jestem w stanie zrozumieć, że redaktorzy Znaku zapoznali się z twórczością Fossum w języku angielskim, znajomość norweskiego nie jest nawet wśród osób wykształconych powszechna, natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego zadecydowano, że przekład nie będzie z norweskiego. Przecież nie mówimy o hausa, tylko o języku europejskim, wykładanym w Polsce na dwóch uniwersytetach, którego literatura regularnie się w Polsce ukazuje, i to - jak należy - w przekładzie z oryginału. Co stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do Książnicy i poprosić o kontakt do pani Marii Gołębiewskiej-Bijak, która wcześniej przekładała Fossum na polski?
Przyznam, że jestem ciekaw, jak tłumaczenie z angielskiego ma się do ustaleń zarówno z wydawnictwem norweskim, jak i NORLĄ - instytucją wspierającą przekłady literatury norweskiej - która dofinansowała wydanie Fossum. Mam poważne wątpliwości, czy strona norweska rzeczywiście zgodziła się opłacić niebezpośredni przekład. Swego czasu ukazała się u nas biografia Andersena przełożona nie z duńskiego, tylko z angielskiego. Wywołało to oburzenie Duńskiego Instytutu Kultury, który zadeklarował, że bardzo chętnie pomoże wydawcom - jeśli mają z tym trudności - w nawiązaniu kontaktu z polskimi tłumaczami języka duńskiego. Podobnie trudno sobie wyobrazić, żeby nasz Instytut Książki zechciał udzielić dotacji na przekład rodzimego autora nie bezpośrednio z polskiego, tylko z niemieckiego albo rosyjskiego. Przejrzałem umowy na zakup praw autorskich, jakie zawierałem w charakterze wydawcy ze Szwedami: w jednych jest klauzula, że przekład ma być ze szwedzkiego, w innych jej zabrakło. Zapewne z tego samego powodu, dla którego w umowie nie znalazło się zastrzeżenie, że książka ma być wydrukowana na papierze, a nie na szmatach. Rzeczy oczywistych do umowy się nie wpisuje. Oczywistych dla Skandynawów, którym się wydaje, że jak formalnie jesteśmy w Europie, to mentalnie też.

okładka książki Fossum

Dziwi również postawa tłumaczy tych książek, Ewy Bolińskiej i Rafała Śmietany, że przyjęli takie zlecenie. Leonard Neuger, wybitny tłumacz literatury szwedzkiej, emigrant polityczny okresu stanu wojennego, wyjaśniając, dlaczego skupił się na poezji, powiedział, że nie chciał zabierać chleba tłumaczom w Polsce (wiadomo, że zarobkowe tłumaczenie poezji prowadzi prostą drogą do śmierci głodowej, jak ktoś chce się wyżywić z tłumaczeń, musi przekładać prozę). Bolińskiej i Śmietanie obce są tego rodzaju obiekcje, zabierają pracę tłumaczom norweskiego, kiedy jako angliści mają spory kawałek tortu, którym mogą się pożywić. Według danych Biblioteki Narodowej 75% przekładów beletrystyki na naszym rynku to tłumaczenia z angielskiego (dane wprawdzie za 2003 rok, ale jeśli udział przekładów z innych języków zwiększył się od tego czasu, to na pewno nie na tyle, by zachwiać tą całkowitą dominacją angielszczyzny). Oczywiście pozostałe 25% to przekłady ze wszystkich innych języków, a nie tylko skandynawskich. Tytułów z literatury skandynawskiej ukazuje się niewiele i jej tłumacze pozostają długie okresy bezrobotni. Wchodzenie im w tej sytuacji w paradę jest nieetyczne. Nie mamy tu do czynienia z konkurencją, bo o zlecenie na przekład norweskiej powieści może rywalizować dwóch tłumaczy norweskiego, kiedy pakuje się do tego anglista, to tak jakby laryngolog podbierał pacjentów chirurgowi, uważając albo wmawiając im, że równie skutecznie ich wyleczy.
Powiedzmy jednak, że postawa etyczna tłumacza jest czytelnikowi obojętna. Czytelnika nie interesuje, kto tłumaczył, tylko jak przetłumaczył. Tłumacz to nie ksiądz, prywatnie może być łajzą, a zawodowo profesjonalistą w każdym calu. Tyle że podjęcie się przekładu, o którym z góry wiadomo, że nie będzie dobry, świadczy jak najgorzej o profesjonalizmie tłumacza. Bo wiedza o tym, ile ginie w przekładzie dokonanym z drugiej ręki, to elementarz translatoryki.

(listopad 2008)

Tłumacz literatury szwedzkiej, filolog...

Przeglądając program tegorocznych Nordalii - śląskiego festiwalu poświęconego kulturze skandynawskiej - natknąłem się punkt programu: „Spotkanie z Mają, Hindusem, Lineą - ulubionymi postaciami z literatury szwedzkiej; spotkanie z Elżbietą Towarnicką (Wrocław)”. Zastanowiło mnie, dlaczego organizatorzy nie poprosili o zaprezentowanie tego tematu jakiegoś wydawcy czy tłumacza literatury dziecięcej, literaturoznawcy albo innego specjalisty, tylko właśnie Towarnicką, prezeskę Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego we Wrocławiu. Czy może chodziło o ulubione postacie prezeski a nie generalnie ulubione? Tylko dlaczego dzieci miałoby obchodzić, jakie postaci lubi prezeska?
Poszukałem i znalazłem wyjaśnienie.

zrzut z ekranu ze spotkania w bibliotece

Okazało się, że dzieciom o Astrid Lindgren opowiedziała Elżbieta Towarnicka, „która jest tłumaczem literatury szwedzkiej”. Od czasu studiów śledzę na bieżąco literaturę szwedzką wydawaną w Polsce, ale nigdy nie natrafiłem na ani jedną książkę przetłumaczoną przez Towarnicką. Pomyślałem, że mi umknęło, bo śledzę głównie literaturę dla dorosłych, a sytuacja wskazywałaby, że Towarnicka przetłumaczyła coś dla dzieci, zapewne jedną z tych książek, które na zdjęciu ma obok na siebie na stoliku.
Zajrzałem więc do katalogu Biblioteki Narodowej i przekonałem się, iż rzeczywiście moja wiedza na temat tego, co przełożono w Polsce ze szwedzkiego, jest niepełna. Towarnicka okazała się autorką dwóch przekładów książkowych - dorobek wprawdzie nieduży, ale w pełni uprawniający do nazywania się tłumaczem literatury szwedzkiej - co więcej, przekładów opublikowanych w latach 90. - szacunek! - kiedy to po złożeniu wydawcy propozycji opublikowania czegoś nienapisanego uprzednio po angielsku, trzeba było zmykać przed zatrzaskiwanymi drzwiami. Pozycje też nieduże, obszerniejsza zaledwie 96 stron, ale „Stary człowiek i morze” ma trzydzieści mniej, a na Nobla starczyło. Może książki przetłumaczone przez Towarnicką też kiedyś dostaną. To „Produkcja mleka wysokiej jakości higienicznej” i „Bezpieczeństwo i higiena pracy podczas doju mechanicznego”, opublikowane przez renomowane wydawnictwo firmę mleczarską Alfa Laval. Proszę, jakie to bogactwa kryje w sobie literatura szwedzka!
Ponieważ jednak Towarnicka nie opowiadała dzieciom o Mamie Mu, zwariowanej krowie z książek małżeństwa Wieslanderów, zagadka jej kwalifikacji pozostała niewyjaśniona. Szukając dalej rozwiązania, sięgnąłem do biogramów uczestników Nordalii.

zrzut z ekranu biogramu

Gdybym wiedział, że Towarnicka ukończyła filologię skandynawską na UAM-ie (trochę dziwne sformułowanie, osobiście mówię, że ukończyłem filologię szwedzką, żeby było wiadomo, że nie norweską, duńską czy fińską), w ogóle nie zabierałbym się za pisanie tej notki. Dotąd opierałem się na oszczerczych plotkach, że wykształcenie Towarnickiej to odbyte kursy językowe w Towarzystwie Polsko-Szwedzkim. Nie mam jednak żadnych przesłanek, żeby podejrzewać ją o okłamywanie organizatorów Nordalii co do swojego wykształcenia. Tak więc tylko dla porządku: można zobaczyć dyplom, pani magister?

(październik 2008)

Monopol prawa autorskiego

Disney, właściciel praw autorskich do „Kubusia Puchatka”, nie zgadza się na wystawianie prozy Milne'a, a Aleksandra Iwanowska, właścicielka praw autorskich do utworów księdza Twardowskiego, chce, żeby za korzystanie z tych utworów jej płacono.
Te dwa fakty skłoniły Jarosława Lipszyca do postawienia w „Życiu Warszawy” (16-17.02) i w „Gazecie Wyborczej” (22.02) tezy, że mamy do czynienia z nową cenzurą „opartą na przymusie ekonomicznym i monopolu prawa autorskiego”. Gdyby przeczytać tylko artykuł w „Wyborczej” trudno byłoby zrozumieć, o co autorowi chodzi. Sformułowanie „monopol prawa autorskiego” ma taki sam sens jak sformułowanie „monopol kodeksu karnego”. W „Życiu Warszawy” Lipszyc wyjaśnia jednak, że pod pojęciem „prawo autorskie” rozumie nie ustawę, tylko majątkowe prawa autorskie: „Podstawową zasadą prawa autorskiego jest monopol na wykorzystanie dzieła, przysługujący aktualnym posiadaczom tego prawa.” Jest to poniekąd prawda, tak samo jak prawdą jest, że właściciel samochodu ma monopol na jego wykorzystanie. Prawo autorskie opiera się bowiem na założeniu, że utwór z ekonomicznego punktu widzenia jest takim samym dobrem jak rzecz materialna i za jego stworzenie i sprzedaż należy się wynagrodzenie, a właścicielem utworu jest jego twórca i wyłącznie on decyduje (z pewnymi wyjątkami) o jego wykorzystaniu lub scedowaniu tego uprawnienia na kogoś innego. Lipszyc nazywając prawo własności „monopolem”, dokonuje manipulacji, bo wiadomo, że monopol jest zjawiskiem niekorzystnym z punktu widzenia konsumenta (w tym przypadku, skoro mówimy o prawie autorskim: odbiorcy kultury) i należy z nim walczyć.
Niezależnie od tej manipulacji artykuły Lipszyca padną na podatny grunt, bo dla wielu Polaków wspomniane założenie wcale nie jest oczywiste. Twórca w polskiej mentalności, a zwłaszcza poeta i pisarz to ktoś, kto powinien przymierać głodem, bo wiadomo, że wtedy tworzy najlepsze dzieła (dowód: „Głód” Hamsuna), a podstawowym zadaniem poety i pisarza jest zbawianie narodu, zbawiać zaś za pieniądze się nie godzi. Tymczasem znakomita większość twórców nie ma takich ambicji. Autor romansideł pisze je dla zarobku, bo lubi, bo akurat to umie, bo ma dwie lewe ręce i nie potrafi układać cegieł i w związku z tym jako murarz nie utrzymałby rodziny. Na swoje nieszczęście, bo nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z artykułu 75 Konstytucji RP, mówiącego o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, wywodzić, że murarz powinien pracować za darmo albo żeby jego życiowy dorobek wszedł w skład majątku publicznego, jeśli nie jego decyzją (skoro woli zapisać go swoim dzieciom), to na mocy ustawy.
Tymczasem takiej kuriozalnej interpretacji konstytucji dokonuje grupa artystów teatralnych Indeks 73, o której pisze Lipszyc, i powołując się właśnie na artykuł 73, gwarantujący „wolność twórczości artystycznej” i „wolność korzystania z dóbr kultury”, domaga się prawa do wystawiania „Kubusia Puchatka” bez zgody właściciela praw autorskich. Autorzy tej inicjatywy przeczytali konstytucję dość wybiórczo, bo spełnienie ich postulatów byłoby złamaniem z kolei 64 artykułu konstytucji mówiącego o prawie własności. Poza tym wolność korzystania z dóbr kultury nie oznacza, że każdy ma prawo do zapoznania się z każdym utworem. Poeta może napisać wiersz przeznaczony wyłącznie dla wybranki serca, a muzyk wpuścić na swój występ tylko znajomych. Podobnie wolność twórczości artystycznej nie oznacza prawa do tworzenia dzieł zależnych (w tym przypadku przedstawienia teatralnego na podstawie książki) bez zgody autora oryginału. Pisarz może nie zgodzić się, żeby scenarzysta napisał na podstawie jego powieści scenariusz. Z dowolnego powodu: bo oferują mu za niską stawkę, bo uważa, że jego książka nie nadaje się na film, dlatego, że scenarzysty nie lubi albo po prostu ma taką fanaberię (artyści, jak wiadomo, miewają). I w żaden sposób nie ogranicza to wolności twórczej scenarzysty, bo nikt mu nie broni napisać oryginalnego scenariusza. Natomiast każda inna konstrukcja przepisów ograniczałaby prawa pisarza jako właściciela swego dzieła.
Te prawa i tak są ograniczone, bo przysługują autorowi i jego spadkobiercom tylko przez okres życia autora plus 70 lat po jego śmierci. Co by powiedziała rodzina, gdyby do jej domu zapukał urzędnik i oświadczył: „Dzisiaj mija 70 lat od śmierci waszego pradziadka, który zbudował ten dom, w związku z tym od 1 stycznia przyszłego roku przechodzi on na własność Skarbu Państwa i do tego czasu musicie się wyprowadzić.” Powiedziałaby, że to czystej wody bolszewizm. Dokładnie ten bolszewizm jest jednak sankcjonowany w prawie autorskim, a Lipszyc (i podobne mu głosy) opowiada się za tym, żeby go jeszcze zwiększyć.
Jakie rozwiązanie proponuje? Żeby niekomercyjne wykorzystanie utworu nie wymagało zgody właściciela praw autorskich. Twierdzi przy tym, że w żaden sposób nie naruszy to „zasady, iż uzyskanym dochodem należy się podzielić z twórcą”. Niby słusznie, wykonawca piosenki nie zarobił, nie ma się czym dzielić z autorem tekstu i kompozytorem. Tyle że taka zasada nie istnieje, twórca ma prawo do zarabiania na swoim dziele, a nie do tego, żeby wykorzystujący coś mu odpalił, jeśli sam zarobi. Bezpłatny koncert spowoduje, że organizowanie płatnego będzie mijało się z celem, co oznacza dla twórcy realną stratę. Poza tym finanse nie są jedyną kwestią braną pod uwagę przez twórcę, kiedy wyraża zgodę na wykorzystanie utworu. Autor tekstu piosenki może uważać, że dany piosenkarz nie będzie w stanie jej zinterpretować zgodnie z jego intencjami, i dlatego mu odmówić. Gdyby piosenkarz mimo to miał prawo zaśpiewać ją na koncercie, wyłącznie dlatego, że koncert jest charytatywny, oznaczałoby to pozbawienie autora kontroli nad jego własnym dziełem. A przecież często zdarza się, że twórcy udzielają zgody na wykorzystanie swoich dzieł nieodpłatnie, ale starannie pilnują, żeby utwór był wykorzystywany zgodnie z ich artystycznym zamysłem.
Przejdźmy teraz od ogółu do szczegółu i skupmy się na księdzu Twardowskim. Spadkobierczyni - tak to przedstawia prasa - jest pazerna i chce pieniędzy za udostępnianie utworów, które ksiądz udostępniał za darmo, a tym samym „zawłaszcza” - to już arcybiskup Życiński - jego poezję. Dołóżmy do tego biedne dziatki, którym zabrania się śpiewać poezję księdza, i oburzenie kilkudziesięciu intelektualistów, że pani Iwanowska podjęła kroki prawne przeciwko Wydawnictwom Uniwersytetu Warszawskiego, które nielegalnie opublikowały książkę „Otulona dobrocią”, i już mamy wroga publicznego numer 1.
Przyjmijmy, że pani Iwanowska rzeczywiście chce się na poezji księdza Twardowskiego wzbogacić. Trudno, jej prawo. Wszystkim oburzonym należy przypomnieć, że dał jej to prawo sam ksiądz Twardowski, dobrowolnie i będąc w pełni władz umysłowych. Ks. Twardowski mógł równie dobrze powołać testamentem fundację non profit, która wydawałaby między innymi jego utwory. Albo zastrzec w testamencie, że Aleksandra Iwanowska jest wprawdzie dysponentem praw do jego utworów, ale ma obowiązek udzielać zgody na ich wykorzystanie nieodpłatnie. Z jakiegoś powodu tego nie zrobił. Krytycy Iwanowskiej twierdzą, że działa ona niezgodnie z intencjami księdza Twardowskiego. Może. Tyle że kiedy syn wyprzedaje kolekcję obrazów odziedziczoną po ojcu, a ciotki uważają, że wolą ojca byłoby, żeby również po jego śmierci kolekcja pozostała nienaruszona w rodzinie, to nie wzywają do rewolucji i nie wypisują nonsensów o monopolu prawa spadkowego (że niby podstawową zasadą prawa spadkowego jest monopol na wykorzystanie spadku, przysługujący aktualnym spadkobiercom), tylko co najwyżej wnoszą pozew do sądu, kwestionując testament. Tymczasem krytycy Iwanowskiej wzywają właśnie do rewolucji. Lipszyc postuluje zmianę prawa, bo „jest niemoralne” i nie wystarczy apelować do „poczucia przyzwoitości winnego”. Na marginesie zauważmy, że winnym jest tu pani Iwanowska, która nie złamała żadnego przepisu, natomiast całkowicie w porządku są Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, które wydały książkę nie mając do niej praw, co jest zwykłą kradzieżą, i chociaż kraść zabrania siódme przykazanie, jakoś potępienia tego uczynku ze strony kościelnej nie słychać. Wracając do sformułowań Lipszyca: nie dowiadujemy się, na czym polega niemoralność prawa, która pozwala pisarzowi czy poecie zabezpieczyć w testamencie swoje dzieci (w większości twórcy jednak nie są księżmi) i zapewnić im dochody ze swoich dzieł. Zmiana tego prawa oznaczałaby, że twórcy byliby jedyną kategorią obywateli, po których rodzina nie mogłaby w pełni dziedziczyć. W przypadku księdza Twardowskiego (jeśli zarzuty wobec Iwanowskiej są prawdziwe, o czym nie wiemy, bo dziennikarze ani nie przedstawiają jej wyjaśnień, ani nie informują, że udzielenia takich wyjaśnień odmawia) mamy po prostu do czynienia z rozminięciem się intencji spadkodawcy z działaniami spadkobiercy. Zdarza się. Nie jest to powód ani do wywracania całego systemu prawnego, ani do bolszewickich działań, jakie proponują intelektualiści w swoim liście protestacyjnym, żeby odebrać Aleksandrze Iwanowskiej prawa do utworów ks. Twardowskiego (jak rozumiem, dekretem, a nie decyzją sądu) i przekazać je w zarząd jakiejś komisji.
Larum świętego oburzenia na Iwanowską zawiera sugestię, że spadkobierczyni pozbawia Naród należnej mu Poezji, tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Iwanowska nie odmawia zgody na wydawanie utworów ks. Twardowskiego (do czego też miałaby prawo), a jedynie chce, żeby jej za tę zgodę płacono. Jarosław Lipszyc i arcybiskup Życiński uważają to za degrengoladę i upadek moralny, nie uważają natomiast za degrengoladę i upadek moralny faktu, że na tej samej poezji, na której chce zarobić Iwanowska, zarabia wydawca. Bo Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego książki „Otulona dobrocią” bynajmniej nie rozdają bezpłatnie, tylko sprzedają w księgarniach, kasując po 28 złotych od egzemplarza, co, wziąwszy pod uwagę, że za prawa autorskie nie zapłaciły ani złotówki, jest ceną nie tylko pokrywającą koszty wydania, ale i dającą zysk. Dlaczego w jednym przypadku chęć zarobku jest czymś zdrożnym, a w drugim nie? Bo każdy ma prawo zarobić na książce - wydawca, księgarz, redaktor - tylko poeta, kiedy chce za swoją książkę dostać przyzwoite wynagrodzenie, jest z gruntu podejrzany? Wiem, wiem, pani Iwanowska nie jest poetką. Ale poeta scedował na nią prawo zarabiania na jego utworach, więc na jedno wychodzi.
Lipszyc twierdzi, że przymus ekonomiczny jest nową formą cenzury. W domyśle, nie każdego stać, żeby zapłacić za prawo do wykorzystania utworu i trzeba coś z tym zrobić, bo jesteśmy pozbawiani dostępu do kultury. Biedny zespół dziecięcy, któremu straszna Iwanowska każe płacić za prawo śpiewania poezji ks. Twardowskiego, ilustruje tę tezę jak znalazł. Tak się składa, że przymus ekonomiczny czy raczej rachunek ekonomiczny rządzi tym światem. Są rzeczy, których człowiek potrzebuje bardziej od kultury, niezbędne do przeżycia, jak żywność, ubranie i miejsce do spania, a mimo to trzeba za nie płacić. Co więcej, przerabialiśmy już taki system, w którym człowiek miał dostawać wszystko, co mu niezbędne, nawet jeśli nie potrafił na to zarobić. Paradoksalnie okazało się, że dobra są łatwiej dostępne, jeśli trzeba za nie płacić, niż kiedy mają być za darmo, a system do dzisiaj odbija nam się czkawką. I propozycje Lipszyca nie są niczym innym jak postulatem wprowadzenia komunizmu w kulturze, zamiast kontyngentów nakładanych na chłopów mielibyśmy kontyngenty nakładane na twórców.

(2008)

Rybka piła wali konika

„Underdog” jest powieścią wspaniałą. Świetną, rewelacyjną, i takie przymiotniki można mnożyć. Torbjörn Flygt opowiedział o dojrzewaniu chłopaka ze szwedzkiego blokowiska lat siedemdziesiątych z perspektywy człowieka 37-letniego, który jednak nie zapomniał i nie zafałszował swoich ówczesnych odczuć. Powieści o pierwszym papierosie, pierwszej wódce, pierwszej dziewczynie powstało wiele, ale Flygt napisał swoją takim stylem, że chłonie się ją, jakby była pierwszą o tej tematyce. Nie bez kozery dostała w 2001 r. Augustpriset, odpowiednik polskiej Nike, choć jakby z bardziej obiektywnym jury.

okładka
Można by się ucieszyć, że ta książka ukazała się po polsku, zwłaszcza że szwedzkie blokowisko pod wieloma względami, co zaskakujące, przypomina polskie, gdyby nie fakt, że została zarżnięta przez (pseudo)tłumaczkę Elżbietę Jasińską-Brunnberg. Trupa na widok publiczny, nie sprawdziwszy pulsu, wystawiło gdańskie wydawnictwo słowo/obraz terytoria.
Już na pierwszych stronach czytelnika zaskakuje dziwaczna interpunkcja. Pierwszemu nasuwającemu się wyjaśnieniu, że tłumaczka usiłuje w ten (nieudolny) sposób oddać specyficzny styl Flygta, przeczy spojrzenie na oryginał. Elżbieta Jasińska-Brunnberg kopiuje po prostu szwedzką interpunkcję, całkowicie odmienną od polskiej, nie zapamiętała nawet ze szkoły podstawowej, że w języku polskim przecinki stawiamy przed „że” i „który”. Korektorka bez problemu wyłapałaby te błędy, ale mimo że jej nazwisko widnieje na stronie redakcyjnej, najwyraźniej nigdy nie miała tekstu przed oczami. Podobnie redaktorka, bo sporo błędów popełnionych przez tłumaczkę poprawiłby każdy redaktor, nawet nieznający szwedzkiego i pracujący na ciężkim kacu.
I tak na stronie 14 Johan, główny bohater, wyciąga z akwarium rybki, żeby dokuczyć siostrze, Monice. Między innymi wyciąga mieczyka. W polskiej wersji mieczyk zamienia się w „rybkę piłę”. Ryba piła osiąga do sześciu metrów długości, więc nawet jak przyjmiemy, że „rybka piła” jest odpowiednio mniejsza, to jako żywo do akwarium się nie zmieści. Na stronie 113 Johan uśmierca rybki, karmiąc je grochem, w tym już nie „rybkę piłę”, lecz rybę piłę. Nie dowiadujemy się, skąd ta zmiana (może „rybka piła” przez te 99 stron zjadła inne rybki i urosła?). Mieczyk ma w języku szwedzkim taki sam źródłosłów jak w polskim (od „miecza”), więc gdyby tłumaczka pomyliła go z miecznikiem (inna nazwa orki), mechanizm błędu byłby zrozumiały, a tak trzeba przyjąć, że zamiast tracić czas na poszukiwania w słownikach, encyklopediach i Internecie, po prostu wzięła odpowiednik z sufitu. Wykazując się do tego wyjątkową ignorancją, bo wiedza, że ryba piła nie jest akwariową rybką, nie stanowi tajemnej wiedzy ichtiologów.
Pomoc sufitu nie była tłumaczce potrzebna przy tak zwanych fałszywych przyjaciołach. Są to słowa, które brzmią podobnie w dwóch językach, ale znaczą co innego. Elżbieta Jasińska-Brunnberg o takim zjawisku nie słyszała, więc tłumaczy alternativ (możliwości) jako „alternatywy” (str. 7) - że nie chodzi o alternatywy 4, informuje nas na str. 277: „trzy alternatywy skłóciły partie polityczne” - sjal (chusta) jako „szal” a banderoll (transparent) jako „banderola” i w efekcie Monika ze swoją koleżanką Hanne demonstrują przeciwko dyktaturze chilijskiej ubrane w palestyńskie szale z banderolami w rękach (str. 103), co musiało stanowić fantastyczny widok.
Tłumaczka pozostaje zresztą często wierna językowi szwedzkiemu, czemu zawdzięczamy w polskim przekładzie tak piękne konstrukcje jak: „oglądaliśmy z niej widok” (str. 74), „ma źle dopasowane ramię do użytku w fabryce” (str. 192) czy „ona poznała tam jednego chłopaka” (str. 232). Innym przykładem „wiernego” tłumaczenia jest wykorzystywanie pierwszego odpowiednika w słowniku, i tak: „MFF (...) wysyła połowę drużyny do reprezentacji” (str. 28) zamiast „daje”, „przejęła komendę nad rozmową” (str. 67) zamiast „przejęła inicjatywę” albo „bryluje w rozmowie”, „wyprodukowałem rurkę z pustej w środku poprzeczki od wieszaka” (str. 106) zamiast „zrobiłem”, „po raz drugi zawiedziona przez tego samego mężczyznę” (str. 194) zamiast „zdradzona” lub „zostawiona”.
Elżbieta Jasińska-Brunnberg, ortodoksyjnie wierna na poziomie słowa, staje się heretyczką, gdy w grę wchodzą większe fragmenty. Kiedy chłopcy zastają przed sklepem Porfyra, osiedlowego zboczeńca, w polskim przekładzie odważają się na „głośne westchnięcia za jego plecami, wulgarne odgłosy jak chrząkanie prosiaków, Porfyr ucieka do sklepu. Świnia.” (str. 110) Czyli chłopcy naśladowali prosiaki, a że Porfyr jest świnia, zawstydził się i uciekł do sklepu. Logiczne? Logiczne. Życiowe? Niezupełnie, bo autor opisał inną sytuację: „odważamy się na głośne jęki za jego plecami, wulgarne dyszenie, brzmi to bardziej jak chrząkanie prosiaków, ale co tam, Porfyr ucieka do sklepu. Świnia.”
Fragmenty, powiedzmy, erotyczne w ogóle sprawiają tłumaczce kłopoty. Pewną popularną, acz intymną czynność chłopcy nazywają w jej wersji „waleniem konika” (str. 25). Może Elżbieta Jasińska-Brunnberg doszła do wniosku, że jak chłopcy mają małe penisy, to walą właśnie konika? Do tej części ciała tłumaczka generalnie nie ma szczęścia. W scenie wymuszenia pieniędzy łobuz opierającemu się koledze grozi: „Jak nie będziesz współpracował to skopię cię tak aż ci żywica popłynie!” (str. 175/176, interpunkcja podwójnie oryginalna). Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg nie zastanowił poetycki język początkującego bandyty, a powinien, bo w oryginale groźba brzmi „skopię cię tak, że ci kutas odleci”. Tłumaczka pomyliła słowo kåda (żywica) ze slangowym kådd (kutas).
Kolejnym błędem są liczne nieuzasadnione opuszczenia. Na przykład na stronie 300 tłumaczka pomija fragment charakterystyki klasowej piękności. Pomija również grę słów, ale zostawia nawiązania do niej, przez co polski tekst staje się mało zrozumiały (str. 54, 75). W scenie spotkania Johana z ojcem ten ostatni mówi: „Jak się widzieliśmy ostatnio byłeś taki.” Potem „pokazuje dwadzieścia centymetrów” (str. 75, interpunkcja podwójnie oryginalna). Elżbieta Jasińska-Brunnberg nie ujawnia nam, czego dwadzieścia centymetrów pokazuje (może konika?). W oryginale jest to długość odpowiadająca ośmiocalowemu gwoździowi. Nie bez kozery, bo ojciec Johana handluje materiałami budowlanymi i narrator go w ten sposób charakteryzuje.
Imponująca jest wiedza sportowa Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg. Chłopcy grający w piłkę na podwórku stosują „tackling”, a nie grę ciałem (str. 19) i krzyczą „offside” zamiast „spalony”, a piłka wypada oczywiście na „out” (str.21); w USA uprawia się sport zwany amerykańską piłką nożną (str. 304), bo to przecież amerykański fotboll, a Malmö FF pokonuje Wisłę Kraków w Mistrzostwach Europy (str. 253), gdy tymczasem kluby toczyły rozgrywki w Pucharze Europy.
Pierwszy raz nazwa „MFF” pojawia się na stronie 28, w takiej właśnie, nierozwiniętej formie. A szkoda, bo była doskonała okazja, żeby poinformować polskiego czytelnika, gdzie toczy się akcja powieści. Nazwy ulic czy dzielnic nic polskiemu czytelnikowi nie mówią. Nazwa miasta jest wprawdzie wcześniej (str. 8) w nazwie fabryki, w której pracuje mama Johana, ale tłumaczka ją pominęła. Nazwy MFF Elżbieta Jasińska-Brunnberg nie rozwija, bo i po co, każdy wie, że to Malmö FF. Natomiast nie każdy wie, że Puchar Davisa rozgrywany jest w tenisie i tę informację tłumaczka dodaje (str. 103), bo w oryginale próżno szukać wyjaśnienia.
Konia z rzędem temu, kto na podstawie polskiej wersji zrekonstruuje szkolną karierę rodzeństwa Kraftów. Na stronie 42 dowiadujemy się, że Monika chodzi do gimnazjum. W oryginale jest to högstadiet, czyli 7-9 klasa podstawówki. Wziąwszy jednak pod uwagę, że wiekowo odpowiada to polskiemu gimnazjum, a na dodatek z tekstu powieści wynika, że owo högstadiet mieści się w innym budynku, tłumaczenie należy uznać za dobre. Szkopuł w tym, że na stronie 102 Monika nadal chodzi do gimnazjum, gdy w szwedzkim oryginale jest to już gymnasiet, czyli liceum. Tłumaczka nie zwraca uwagi na tę różnicę, nawet gdy ma ją na jednej stronie (299). Johan opisuje, jak zmienił swoje zachowanie po rozpoczęciu gimnazjum (liceum), bo przyrzekł to sobie jeszcze w gimnazjum (ostatnich klasach szkoły podstawowej).
Elżbieta Jasińska-Brunnberg jest tłumaczką nie tylko nieudolną, ale i niechlujną. Lasse wjeżdża windą nie na siódme piętro (str. 12) tylko na siedemnaste, ojciec Janisa ma koszulę rozpiętą do pępka, a nie zapiętą pod szyją (str. 13), Rolle umie po rosyjsku tylko cztery pierwsze wersy Międzynarodówki, a nie całe cztery strofy (str. 54), hokejowe treningi Bernta mają zacząć się dopiero po Trzech Króli, gdy tymczasem, zdaniem tłumaczki, trwają już od Wszystkich Świętych (str. 67), Monika z Annelie nie jedzą zielonych kiwi (str. 294), tylko piją wino zrobione z tych owoców, i tak dalej.
Wystarczy otworzyć niemal dowolny akapit, by natknąć się na fatalną polszczyznę. Całe fragmenty są przetłumaczone tak bełkotliwie, że stają się niezrozumiałe. „Robimy jeszcze jeden obchód przed zamknięciem” (str. 231) ma oznaczać „przyjeżdżamy jeszcze raz [do sklepu]”. Bohaterowie, mówiący u Flygta soczystym, żywym, zróżnicowanym językiem, w wersji Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg posługują się drętwą mową ze scenariusza telenoweli. „Moniko, ależ gratulacje!” (str. 233) jest spontanicznym okrzykiem radości matki, że córka dostała się na medycynę. Co rusz natykamy się na przekłamania w stosunku do oryginału, rażące błędy (wymienione nie są oczywiście wszystkimi, pełna lista byłaby nader obszerna) powodują, że człowiek ma ochotę, tak jak bohaterowie, kupić „sześć paczek piwa” (sześciopak! pani Jasińska, sześciopak!) i urżnąć się z rozpaczy.
Zastanawia też lekceważenie czytelnika przez, zdawałoby się, renomowane wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Nie wydało ono szwedzkiego tytułu przypadkowo, czyni to programowo w serii „Terytoria Skandynawii”. Tymczasem przekład tak ważnej pozycji zleciło tłumaczce, której kwalifikacji w ogóle nie sprawdziło - dowolna próbka tekstu pokazałaby, że Elżbieta Jasińska-Brunnberg do tłumaczenia „Underdoga” nadaje się jak Pigmej do budowy igloo - i skopany przekład (tak że aż żywica płynie) bez redakcji i korekty udostępniło czytelnikom.



Wielka promocja bubla

Po opublikowaniu recenzji Rybka piła wali konika, w której wykazałem, że tłumaczka Elżbieta Jasińska-Brunnberg zarżnęła powieść pt. „Underdog” Torbjörna Flygta, wiele osób pytało mnie: „Co na to wydawnictwo?” No właśnie, co. Czy słowo/obraz terytoria wycofało książkę z księgarń i przeznaczyło bubla na przemiał? A może przysłało polemikę, w której punkt po punkcie udowodniło, że przekład jest kongenialny, a ja się czepiam? Nic z tych rzeczy. Wydawnictwo krytyką się nie przejęło, tylko zorganizowało promocyjny przyjazd Torbjörna Flygta do Polski. Kiedy się o tym dowiedziałem, popadłem nie w osłupienie, a w stan katatonii, i gdyby nie mój królik, który ugryzł mnie w kostkę, domagając się codziennej porcji pietruszki, tkwiłbym w nim pewnie do dziś. Zęby królika przywróciły mi nie tylko sprawność fizyczną, ale i umysłową. O co mi chodzi? Jaki wydawca będący przy zdrowych zmysłach przeznaczy na przemiał książkę, którą można opylić po blisko czterdzieści złociszy sztuka? Przecież to nie telewizor, gdzie każdy od razu widzi, że nie działa. A ostatecznie ile osób przeczyta recenzję. Uczciwość, etyka, przyzwoitość? Te pojęcia nie tylko w polityce nie mają czego szukać. Czytelnik? Umarł w osiemdziesiątym dziewiątym, teraz jest konsument i rozsądny wydawca nie wydaje forsy na tłumacza, redakcję i korektę, tylko na zorganizowanie przyjazdu pisarza do Polski, żeby opchnąć badziewie, które wydrukował. Ale taka reakcja świadczy też o tym, że przekład „Underdoga” wcale nie był jednostkową wpadką, po której wszyscy w wydawnictwie złapali się za głowy. Najwyraźniej byle jakie tłumaczenia i pomijanie redakcji i korekty ze względów oszczędnościowych są w wydawnictwie słowo/obraz terytoria normą.
Zdziwiło mnie jedynie to, że pisarz zgodził się przyjechać, i doszedłem do wniosku, że najwidoczniej wydawnictwu udało się mu wmówić, że wymienione błędy, aczkolwiek poważne, są jednostkowe i generalnie przekład, choć nie najlepszy, ujdzie. To może pokażmy, że nie ujdzie, analizując tłumaczenie nie problemowo, tylko ilościowo. Weźmy na przykład taką stronę 237 i wyliczmy znajdujące się na niej błędy.
1. „Idź do Porsfyra, chichocze Lasse - zrobił z Rogerem co chciał, jest zadłużony.” Ponieważ Lasse mu ten dług wmawia, powinno być „wpędził go w dług”, co również gramatycznie brzmiałoby lepiej, bo przy sformułowaniu tłumaczki można uznać, że to Lasse jest zadłużony.
2. „Rolle startuje zündappa”. Rolle, owszem, startuje, ale odpalając z kopniaka, i tak jest to ujęte w oryginale.
3. „Spadamy, chłopaki.” W oryginale tego „chłopaki” nie ma, samo uzupełnienie nie jest złe, problem w tym, że Rolle zwraca się wyłącznie do Lassego, bo tylko oni dwaj „spadają”.
4. „Naciska na gaz”. Elżbieta Jasińska-Brunnberg najwyraźniej nigdy nie jechała motorowerem i wydaje się jej, że jest to coś o konstrukcji samochodu. W oryginale jest oczywiście „dodaje gazu”.
5. „Puszcza ręczny hamulec i motorower wyrywa się do przodu a my odskakujemy na bok.” Powinno być: „Puszcza ręczny hamulec i motorower wyrywa się do przodu, tak że jesteśmy zmuszeni odskoczyć na bok.”
6. „Wyjeżdżają na ulicę”. Owszem, wyjeżdżają, tyle że narrator używa slangowego wyrażenia i trudno zrozumieć, dlaczego tłumaczka nie oddaje stylistyki oryginału.
7. „Tak jakby w mieście pętała się cała masa zgubionych motorowerów”. W oryginale drälla, które ma dwa znaczenia, „pętać się” albo „roić się”. Elżbieta Jasińska-Brunnberg jak zwykle w takich przypadkach wybiera to niewłaściwe. Motorowery się nie pętają, tylko się od nich roi.
8. „Podobny do dakoty, ale z tylnym lusterkiem”. W oryginale: „Taką samą dakotę, ale z tylnymi lusterkami.”
9. „Jerry William naciągnął swoją mamę na hamburgera, Åsa i Laila też są, Carina też.” Narrator wymienia zgromadzone osoby, a informacja, że Jerry William zdobył od matki parę groszy jest tylko uzupełnieniem, wyjaśnieniem powodu jego obecności, więc powinno być: „Jerry William, który wyciągnął od swojej mamy forsę na hamburgera...”
10. „Usta wilgotne od szminki, smak truskawek”. Rzut oka na oryginał i już wiemy, że słynny film Bergmana powinien nosić tytuł „Tam, gdzie rosną truskawki”, a nie „Tam, gdzie rosną poziomki”.
11. „Ale jesteś! Co on ci zrobił?”. Polski czytelnik nie dowiaduje się, kto staje w obronie Rogera, bo tłumaczka wyrzuca informację, że mówi to Carina, a z kontekstu to nie wynika.
12. „Kierownicy tego zündappa”. W oryginale: „Kierownicy tego pordzewiałego zündappa”.
Skoro już jesteśmy przy motorowerach, tłumaczka nie tylko proponuje nam nowe rozwiązania techniczne, ale i nową technikę jazdy. Na str. 158 Johan marzy o „dodawaniu gazu w tylnym kole”. Tymczasem wcale nie zamierza doprowadzać doń wybuchowego wodoru, a tylko zwyczajnie chce na tym tylnym kole jeździć, unosząc przednie. Na stronie 235 chłopcy rozmawiają o szczegółach technicznych podrasowania motoroweru, tłumaczka nie ma pojęcia o czym mowa i nie chce się jej sprawdzać, więc dany fragment dialogu opuszcza. Opuszczanie fragmentów, których tłumacz nie rozumie albo nie potrafi przełożyć, ma w historii przekładu długą tradycją i Elżbieta Jasińska-Brunnberg dzielnie ją kontynuuje.
Wróćmy jednak do analiz ilościowych. Czy dwanaście błędów na stronie od poważnych po rażące jest szczytem możliwości Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg? Ależ skąd. Charakterystyczne dla powieści Flygta są partie narracyjne opisujące zachodzące przemiany społeczne, w których cały nawet kilkustronicowy opis zamyka się w jednym zdaniu. Te partie, wymagające szczególnej staranności, Elżbieta Jasińska-Brunnberg tłumaczyła, jak całą książkę, na kolanie, w efekcie pełne są opuszczeń, przeinaczeń i częściowo niezrozumiałe. Taki opis znajduje się na przykład na stronie 326. Tłumaczka zmienia formę bezosobową z oryginału na pierwszą osobę, tłumaczy „przyszłe zyski” jako „przyszłościowe nadwyżki”, „prosimy” jako „marzymy”, „wozy strażackie” jako „samochody”, opuszcza informacje, że konsumenci stają się aktorami, że wyrabia się markę, że sprzedawca ma palce tłuste od monet, opuszcza porównanie soulu do ciasta, twierdzi, że naród domaga się wolności, a on domaga się wolności wyboru, nie patrzymy trzeźwym okiem na Wirthena, tylko w jego trzeźwe oczy, a w ogóle facet nazywa się Werthén, nie trzeba dopowiadać, że kanały reklamowe są w telewizji, skoro autor tego nie pisze, i co to jest „kompetencja socjalna”? Summa summarum można doliczyć się z piętnastu błędów (na jednej stronie!), a przekład innych opisów tego typu wygląda podobnie. Na stronie 191 z grubszych błędów tłumaczka nie przenosi produkcji do krajów Trzeciego Świata, zyski przeznacza na „premie dla głównego zarządu”, gdy tymczasem trafiają one do spółki matki i tworzy „rezerwy składowe” zamiast magazynowych.
Zresztą to, że na ekonomii tłumaczka zna się tak jak na biologii i sporcie, widać na stronie 325. Chłopcy zafascynowani są giełdą i chwalą się znajomością takich pojęć jak „emisja, wskaźnik cena/zysk, indeks, raport kwartalny, dywidenda i split”, w wersji tłumaczki są to „emisja, indeks, kwartalny raport, nadwyżki i straty”.
Trzeba przyznać, że Elżbieta Jasińska-Brunnberg powinna nie tylko trafić do Księgi Guinnessa z racji liczby popełnionych błędów, ale i zostać honorowym członkiem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich jako tłumaczka, której każda dziedzina jest obca. Podczas Wigilii wujek Johana „zaczyna głośno czytać pieśni Fänrika Ståla” (str. 62). Każdy, kto liznął historii literatury szwedzkiej, wie, że chodzi o słynny utwór Johana Ludviga Runeberga „Opowieści chorążego Ståla” (t. 1 - 1848, t. 2 - 1860), z którego Finowie zaczerpnęli swój hymn narodowy. Każdy, ale nie Elżbieta Jasińska-Brunnberg, która z literaturą szwedzką zetknęła się zapewne przy lekturze „Underdoga”. Ponieważ w języku szwedzkim tytułów nie wydziela się cudzysłowem, a szyk wyrazów w oryginalnym tytule wypada następująco: „Chorążego Ståla opowieści” (Fänrik Ståls sägner), tłumaczka przyjęła, że obce jej słowo fänrik to imię, skoro jest napisane dużą literą, i że chodzi o jakiegoś tekściarza, którego pieśni nadają się do czytania w Wigilię. Jeśli coś może przebić umieszczenie przez tłumaczkę w akwarium ryby piły w miejsce mieczyka, to chyba właśnie to. Z trzywyrazowego wyrażenia błędnie tłumaczy dwa słowa (myli sägner z sånger czyli opowieści z pieśniami) i nie rozpoznaje w nim słynnego tytułu.
Analizując przekład Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, można by napisać doktorat, a sama książka powinna stać się obowiązkową lekturą do przedmiotu technika tłumaczeń, gdyż na jej przykładzie doskonale można pokazywać studentom, jak nie należy tłumaczyć. W żargonie tłumaczy surowy przekład nazywany jest „rybką”. To, co Elżbieta Jasińska-Brunnberg dostarczyła wydawnictwu (a wydawnictwo opublikowało), nie jest nawet rybką. No chyba że zdechłą. Zdechłą rybką piłą.



Postscriptum

Po opublikowaniu powyższej krytyki odezwali się liczni obrońcy wydawnictwa słowo/obraz terytoria i tłumaczki Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, którzy merytorycznej polemiki na temat tłumaczenia „Underdoga” wprawdzie nie podjęli (wydawnictwo i tłumaczka zresztą też nie), ale uznali, że sprawa nie jest przegrana i metodą ad personam można spróbować udowodnić, że wcale nie mamy do czynienia z wydawniczym i tłumaczeniowym skandalem. Quasi-argumenty owych obrońców są następujące:

1) Paweł Pollak sam chciał tłumaczyć „Underdoga” i teraz rozżalony odgrywa się na tłumaczce

Teza ta nie jest formułowana jako przypuszczenie, tylko jako niezbity fakt, co świadczy o tym, że nie formułują jej ludzie, którzy nie wierzą, że chęć zdemaskowania fuszerki może być jedynym i wystarczającym powodem krytyki, tylko osoby, hm, powiedzmy, emocjonalnie związane z wydawnictwem lub tłumaczką. Wskazanie niskich pobudek jest skuteczną metodą dezawuowania przeciwnika. Oszczercy nie troszczą się oczywiście o przytoczenie choćby skrawka dowodu, „zapominają” podać, w jakim to wydawnictwie złożyłem maszynopis swojego tłumaczenia „Underdoga”, doskonale wiedzą, że moje zaprzeczenia będą równie gołosłowne, jak ich oskarżenia, ale komunikat w świat pójdzie: krytyka podyktowana jest zawiścią.
Przyjmijmy jednak, iż rzeczywiście Elżbieta Jasińska-Brunnberg wygrała ze mną rywalizację o prawo do tłumaczenia „Underdoga”. Co stało na przeszkodzie, by przetłumaczyła tę książkę znakomicie lub choćby poprawnie? Czy oszczercy wyobrażają sobie, że sporządziłem kukiełkę pani Jasińskiej-Brunnberg i kiedy ta chciała poprawnie przetłumaczyć svärdbärare jako „mieczyk”, ja, buch, igłą w oko, zatkałem synapsy i tłumaczce wyszła „rybka piła”? Czy sugerują, że tłumaczka doskonale wie, że w polskim tekście nie stosuje się szwedzkiej interpunkcji, ale że kłułem kukiełkę w dupkę, doznała zaćmienia? I co insynuowana mi zawiść wnosi do meritum? Czy wskazane przeze mnie błędy nie są błędami, bo wytknęła je „niewłaściwa” osoba?

2) Krytyka Pawła Pollaka jest podyktowana jego prywatnymi animozjami do tłumaczki

Ten zarzut postawili pewien pisarz i pewna tłumaczka (pewien, pewna, bo nie mają odwagi wygłosić swojej krytyki pod nazwiskiem). Nie zadali sobie wprawdzie trudu, żeby wskazać choćby jeden cytat z mojej krytyki uzasadniający postawienie tego zarzutu (i takiego cytatu by nie znaleźli, krytykuję efekt pracy Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg, którą, wydając tłumaczenie, poddała publicznej ocenie, a nie osobiste cechy jej charakteru - osobiście pani Jasińskiej-Brunnberg nie znam), za to nie ukrywali swoich prywatnych animozji do mojej osoby. Pisarz napisał, że porównałby mnie do pewnego zwierzęcia, ale nie porówna, bo by je obraził, co niech świadczy o poziomie tego pana (pisarz mnie nie cierpi, bo uraziłem jego mocno wybujałą miłość własną, wykazując jego ignorancję w kwestii umów wydawniczych). Tłumaczka okazała się bardziej subtelna i znalazła „dowód”, że pani Jasińskiej-Brunnberg nie znoszę. Otóż swego czasu poddałem analizie tłumaczenie opisu meczu piłki nożnej właśnie z „Underdoga”, żeby pokazać, że tłumacz musi „widzieć” sytuację. Ponieważ autorka przekładu nie miała pojęcia o zasadach gry, powychodziły nonsensy. Tłumaczka uznała, że ów inkryminowany fragment również przełożyła pani Jasińska-Brunnberg, i na tej podstawie sformułowała wniosek, że na panią Jasińską-Brunnberg się uwziąłem. Wystarczyłoby oczywiście sięgnąć do książki i nawet pobieżne porównanie pokazałoby, że mamy do czynienia z tekstami tłumaczonymi przez dwie różne osoby (nazwiska tej drugiej nie ujawniałem, bo w przeciwieństwie do Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg nie poddała swojej pracy publicznej ocenie, przekład wykonała na warsztatach), ale po co? Prościej obrzucić kogoś błotem, zawsze coś się przylepi.

3) Paweł Pollak pracuje dla konkurencyjnego wydawnictwa i w związku z tym jest stronniczy

Nie napisałem, że jako autor iluś tam przekładów autorytatywnie stwierdzam, że tłumaczenie Elżbiety Jasińskiej-Brunnberg jest do kitu. Wskazuję konkretne błędy, a większość moich zarzutów można zweryfikować bez znajomości szwedzkiego. Poza tym przekład literacki jest dziedziną praktyczną, a nie teoretyczną, stąd wiedzą niezbędną do oceny przekładu dysponuje tylko praktykujący tłumacz, a ten zawsze będzie pracował dla jakiegoś wydawnictwa. Ale można też spojrzeć na to inaczej: nie tylko pracuję dla innego wydawnictwa, ale i prowadzę własne, co daje mi pełną niezależność. Nie wiszę u klamki wydawnictwa słowo/obraz terytoria i nie jestem zmuszony do zamykania oczu na buble produkowane przez to wydawnictwo, w nadziei, że zechcą zlecić mi jakiś przekład.
Co do niszczenia konkurencji, to wbrew pozorom na dobrych przekładach innych tłumaczy czy wydawnictw mogę tylko zyskać. Bo to nie jest tak, że czytelnik przeznacza trzydzieści zł na szwedzką książkę i kupi tylko jedną. Jak ta jedna mu się spodoba, to jest duża szansa, że sięgnie po następne z literatury szwedzkiej, jak się zrazi, duże ryzyko, że zniechęci się również do innych szwedzkich tytułów.

4) Każdy przekład jest autorski i każdy tłumacz popełnia błędy, Paweł Pollak też

To prawdziwe skądinąd twierdzenie użyte w obronie fuszerki odstawionej przez Elżbietę Jasińską-Brunnberg dezawuuje pracę setek rzetelnych i kompetentnych tłumaczy. Bo nagle okazuje się, że nie ma złych i dobrych przekładów, są tylko autorskie, i bez znaczenia jest, czy tłumacz zrobił trzy błędy na całą książkę, czy po dziesięć na stronie, i jakie są to błędy. Nagle okazuje się, że niektórzy tłumacze bez sensu ślęczą nad słownikami, szukając właściwych odpowiedników, kiedy można brać je z sufitu. Bez sensu szlifują styl i język, nieraz godzinami szukając idealnie pasujących sformułowań, kiedy można tłumaczyć kaleką polszczyzną. Bez sensu wydawnictwa domagają się próbek, skoro tłumaczem doskonale może być osoba słabo znająca język oryginału, a docelowy jeszcze gorzej.
Elżbieta Jasińska-Brunnberg przekłada również literaturę polską na szwedzki (o Boże!). Rozumiem, że zdaniem jej obrońców w przekładzie „W pustyni i w puszczy” ma pełne prawo (wskutek niechlujstwa czy ignorancji) przenieść akcję do Azji, a Stasia postawić oko w oko nie z lwem, tylko z mamutem. Skoro każdy przekład jest autorski, a świat przedstawiony obojętny... Skoro w akwarium w szwedzkim mieszkaniu może pływać ryba piła, to dlaczego Staś nie może strzelać do mamuta w Afryce, pardon, w Azji?
I za tak spreparowany przekład należałby się jej Transatlantyk, a Bodegård powinien nagrodę oddać, no bo skoro wszystkie przekłady są równorzędne, to jasne jak słońce, że dostał ją dzięki układom, a nie dlatego, że jego przekłady są lepsze od innych.

(2006)

Do strony głównej