O książce    O autorce    Fragment powieści    Strona tłumacza


W POSZUKIWANIU WYDAWCY

Zaczęło się banalnie. Wpadła mi w ręce powieść Cariny Rydberg „Osalig ande”, przeczytałem i byłem zafascynowany. Nie czytałem żadnego autora, który pisałby podobnie, który potrafiłby tak oszczędnym językiem, nie epatując krwawymi opisami i „słownictwem”, opowiedzieć równie wstrząsającą historię. Postanowiłem powieść przetłumaczyć, ale nie do szuflady. Oczywiście nie byłem naiwny i zdawałem sobie sprawę, że książki nie opublikuje pierwsze wydawnictwo, do którego zadzwonię, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak ciężko.
 
Pierwszym problemem okazał się fakt, że byłem debiutantem. Część wydawców uważała, a niektórzy mówili wprost, że tłumaczyć może tylko osoba mająca co najmniej pięć książek na koncie. Pytanie, gdzie ma te pierwsze pięć książek opublikować, pozostawało bez odpowiedzi. Najwyraźniej ci wydawcy uważali, że doświadczeni tłumacze przylatują z Marsa.
 
Inni na szczęście przyjmowali próbki. Najczęstsza odpowiedź brzmiała, że tłumaczenie jest (bardzo) dobre, ale wydawnictwo nie jest zainteresowane wydaniem książki. Jedna ocena była odmienna: „słaba polszczyzna”. Zignorowałem ją wobec zgodnych opinii pozostałych, ale z przerażeniem myślę, ilu młodych zdolnych ludzi zniechęcił ów redaktor oceniający pracę innych, a nie mający najwyraźniej kwalifikacji do wykonywania własnej. Zdarzały się również sytuacje nieprzyjemne. Kiedy zadzwoniłem do dużego warszawskiego wydawnictwa, żeby zapytać o los próbki - przesłanej po wcześniejszym uzgodnieniu - wyszło na jaw, że ją zgubili. Nie usłyszałem żadnego „przepraszam”, tylko: „to nie jesteśmy zainteresowani”. Ot, pełny szacunek dla pracy innych.
 
Drugą barierą, praktycznie nie do pokonania, okazała się bardzo poważna wada powieści, wada, z której nie zdawałem sobie sprawy. Otóż powieść nie została napisana po angielsku. Polscy wydawcy żywią przekonanie, że Pan Bóg mówi po angielsku, więc siłą rzeczy utwory powstające w innych językach są ułomne. Z jednego wydawnictwa otrzymałem na przykład odpowiedź, że oni wydają tylko literaturę angielską, amerykańską i nowozelandzką, bo nieangielskojęzyczna się nie sprzedaje. Zapytałem, jak mają się sprzedawać książki, których się nie wydaje (a jak już się wyda, to nie promuje, w przekonaniu, że i tak się nie sprzedadzą), wymieniłem poczytnych autorów tworzących w innych językach niż angielski, ale wydawnictwo nie dało się przekonać. Nowozelandzka, to jest to!
 
Wydawcy nie znalazłem.

Po jakimś czasie dowiedziałem się, że można starać się o dotację na pokrycie kosztów tłumaczenia przez Instytut Szwedzki i zacząłem szukać na nowo. Przygotowałem ofertę wydawniczą: nota o książce i autorce, dziesięć stron tłumaczenia, dane agencji dysponującej prawami autorskimi, informacja o dotacji wraz z formularzem wniosku - i rozesłałem do dziesięciu wydawnictw. Tak rzetelnie przygotowaną ofertę pięć wydawnictw po prostu zignorowało. Najwyraźniej polecenie sekretarce, żeby odbyła półminutową rozmowę telefoniczną i przekazała odpowiedź odmowną, stanowi taki koszt i wysiłek, że bardziej opłaca się wykazać brakiem kultury. Dalsze cztery wydawnictwa przysłały odpowiedzi odmowne, przy czym jedno uzasadnienie sprawiło, że usiadłem. „Powieść jest ciekawa literacko, ale niedochodowa”. Moim zdaniem powieść ma zadatki na bestseller, ale nawet jeśli zgodzić się z zacytowaną opinią, czy nie właśnie po to istnieją wydawnictwa? Żeby wydawać też książki niedochodowe, a ciekawe literacko? Myślałem, że wydawnictwa zakładają i pracują w nich ludzie uznający książkę za coś więcej niż towar, na którym trzeba koniecznie zarobić. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby takiej odpowiedzi udzieliło małe wydawnictwo, dla którego wydanie deficytowej książki może oznaczać bankructwo, a nie duża, dobrze prosperująca oficyna.
 
Dziesiątym wydawnictwem była „Książnica”, która zgodziła się wydać powieść pod warunkiem, że faktycznie koszty tłumaczenia pokryje Instytut Szwedzki.
 

Tło strony pochodzi z witryny
pana Wiesława Sadurskiego:


O książce    O autorce    Fragment powieści    Strona tłumacza