O książce    O autorce    W poszukiwaniu wydawcy    Strona tłumacza


ZA KRAWĘDZIĄ NOCY (fragment)

Część pierwsza

Przykro mi, ale spóźniliście się. Już nie żyję. Od chwili gdy opuściłam ciało i jak niewidzialny obłok popłynęłam w kierunku sufitu, wciąż mam uczucie pewnej nieokreślonej lekkości. Zawisłam tu, pod stropem. Wiem, że powinnam udać się gdzie indziej i przypuszczalnie miałam tam być już od dawna, lecz wolę zostać tutaj. Nie codziennie człowiek ogląda własną śmierć.
Jonas nie wrócił jeszcze do domu, mimo że minęła ósma. Przedwieczorne słońce świeci mocno i widzę, jak promienie padają na moją twarz tam, na łóżku. Byłoby przesadą twierdzić, że jestem ładną nieboszczką. Za życia nie wyglądałam aż tak źle. Włosy miałam długie i błyszczące. Teraz leżą porozrzucane i zmierzwione jak czarna, skołtuniona czupryna Meduzy. Moja skóra jest całkiem biała. Trupio blada, można by powiedzieć. Jasnobrązowa strużka śliny wyciekła mi z ust i poplamiła poszewkę. Właśnie ta ślina irytuje mnie najbardziej. Gdybym tylko mogła zsunąć się na dół i wytrzeć ją... Nie chcę, żeby ktokolwiek zobaczył mnie w tym stanie. Nawet Jonas. To on przepisał mi tabletki, które zażyłam. Podejrzewam, że domyślał się, do czego będą mi potrzebne. Jonas, przepisanie tych pigułek to jedyna rozsądna rzecz, jaką dla mnie zrobiłeś, i jestem ci niemal wdzięczna. Nawet jeżeli twoje motywy nie były tak do końca altruistyczne. Powinnam była odejść od ciebie już dawno temu, ale wiesz, jaka jestem. Dziwne, że duch może odczuwać żądzę zemsty.
Słyszę trzask zamykanych drzwi samochodu. Jonas otwiera drzwi wejściowe. Oczywiście nie przekręciłam klucza. Pomimo wszystko chciałam dać sobie szansę ocalenia. Chociaż mieszkamy z dala od sąsiadów, ktoś mógł nam złożyć niezapowiedzianą wizytę i w tej chwili leżałabym na intensywnej terapii, zamiast snuć się w kółko pod belkami sufitu.
Jest w środku. Żadnego powitania, żadnego wołania w rodzaju „Marika, jesteś w domu?” Już dawno z tego zrezygnowaliśmy. Teraz wchodzi po schodach, trzeci stopień trzeszczy jak zwykle. Staje w drzwiach. Osuwam się trochę niżej, żeby lepiej widzieć jego twarz. Ma chłopięcą fizjonomię, ale jasne włosy przerzedziły mu się, tworząc spore zakola dążące ku ciemieniu. Zaczął je tracić już jako dwudziestolatek. Teraz ma trzydzieści dwa lata. Pełne usta, prosty, zdecydowany nos. Kiedy przyjrzeć się dokładniej jego twarzy, wydaje się jakby bardziej asymetryczna niż u większości ludzi. Jeżeli się go sfotografuje pod złym kątem, widać to wyraźnie.
Podchodzi do łóżka, gdzie leży to, co ze mnie pozostało. Jego usta lekko się otwierają, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Już wie, co mi jest.
Teraz mnie odwraca i mogę jeszcze wyraźniej zobaczyć tę jasnobrązową flegmę, która zaschła mi na policzku. Dotyka mojej szyi. Jasne, że nie żyję. Jest chyba bardziej zagubiony niż poruszony. Może nieco zdenerwowany. Bierze plastikową fiolkę po tabletkach, leżącą na stole wraz z czterema innymi. Chomikowałam, Jonas. Chyba powinieneś był to odgadnąć? Słyszę, jak oddycha szybciej, niemalże sapie. Pojawia się reakcja.
Ale na to nie byłam przygotowana. Zrywa z opakowania etykietkę, po chwili postępuje tak samo z trzema pozostałymi. Zbiega po schodach, rozciera fiolki na miazgę w niszczarce i podpala zapałką etykiety. No, to teraz się urządził. Można źle wyjść na podejrzanym samobójstwie, zwłaszcza gdy brak pożegnalnego listu.
Stoi nadal przy zlewozmywaku i wydaje się zastanawiać nad tym, co zrobił. Wychodzi do salonu. Podążam za nim. Cholernie łatwo się przemieszczać będąc duchem. Wystarczy pomyśleć, dokąd się chce iść i tam się jest. Mogłabym usiąść Jonasowi na ramieniu, gdybym chciała, wpełznąć mu do ucha. Ale rezygnuję. Mam cię dosyć, Jonas. Nawet teraz, kiedy nie możesz mnie zobaczyć, utrzymuję odstęp kilku metrów, poza twoim zasięgiem.
Wreszcie zaczyna zachowywać się normalnie. Podnosi słuchawkę telefonu. Wystukuje numer. Nie, jednak nie dzwoni na pogotowie. Numer zaczyna się na 6, a kończy na 43. Reszta mi umknęła.
- To ja. Wróciłem do domu. Tak, jestem sam. Słuchaj, muszę ci o czymś powiedzieć. Marika nie żyje. Nie żyje. Nie, jeszcze nie. Jasne, że zadzwonię. Nie, lepiej zostań u siebie. Chciałem tylko... to znaczy nie wiem, czego chciałem. Nic nie czuję. To jest takie cholernie dziwne. Nic nie czuję... Wzięła wszystkie tabletki. To ja wypisałem jej receptę. Nie mogę teraz o tym mówić. Odezwę się.
Odkłada słuchawkę. Cóż to za bratnia dusza, do której dzwoniłeś tym razem, Jonas? Niechybnie ktoś nowy, bo nie rozpoznałam numeru. Trochę wiedzieliśmy o sobie nawzajem, ty i ja. Opowiadaliśmy sobie różne rzeczy w czasach, gdy byliśmy świeżo zakochani i nie sądziliśmy, że można tym wyrządzić krzywdę. Rzeczy, których nigdy nie należy opowiadać. Ale chyba przyszło nam doświadczyć, ile kosztuje szczerość.

*

Boże święty, czy ja muszę się temu przyglądać? To twoja robota, Jonas. Gdybyś nie wymyślił tej historyjki, że ukryłam fiolki po pigułkach, nie leżałabym teraz na tym stole, pozwalając krajać się w paski. Skalpel. Długie cięcie w poprzek brzucha, jeszcze jedno, skóra rozwiera się, ukazując wnętrzności. Widzę łyse ciemię mężczyzny trzymającego lancet. W pomieszczeniu rozchodzi się odór zgnilizny.
Zastanawiam się, co też on tam w środku odkryje. Ile można domyślić się o życiu człowieka, badając tylko jego ciało? Co on zamierza zrobić z macicą? Wyjmie ją? Jakie to ma znaczenie, i tak była bezwartościowa. Bezużyteczna. Mogła stać się moją śmiercią, wtedy w górach. Burza śnieżna przez dwa dni, przerwane połączenia telefoniczne. Dlaczego wziąłeś mnie ze sobą, Jonas? Nie, nie będę cię z tego powodu obwiniała. Zrobiłeś, co mogłeś w świetle lampy naftowej. I powiedziałam ci to. Ale ty nie słuchałeś. Wolałeś wierzyć, że cię oskarżam.
Patolog robi cięcie wzdłuż linii włosów i z odgłosem dartego materiału zrywa skalp z czaszki. Włosy opadają mi na twarz jak odwrócony na nice kaptur. Dwóch studentów stoi przy lekarzu. Próbują wyglądać na nieporuszonych, ale widać, że to ich pierwsza sekcja zwłok. Tak się składa, że moja też. Mam już dosyć.
Dom w dzielnicy Äppelviken. Schody rozchodzą się w kierunku obu wejść. Swego czasu w takich domach była służba. Moja mama i ciocia siedzą na skórzanych fotelach naprzeciw otwartego kominka, nad którym na ścianie zdołała się zaznaczyć smuga sadzy. Wszystko po staremu. Ściany obwieszone przeciętnymi obrazami, w rogu pianino, jak zawsze pusta ptasia klatka w kształcie pagody z pozbawionymi języczków dzwonkami na zewnątrz. Pusty jest również pulpit na nuty. Dużo czasu minęło, odkąd Carl zabrał swój puzon i wyprowadził się na dobre. Już dawno nie grał na tym pianinie.
Mama i ciocia Greta piją whisky. Piły zawsze, ale dzisiaj - choć raz - mają ku temu dobry powód. Siedzą w milczeniu. Mama napełnia swój kieliszek, podczas gdy Greta ją obserwuje. Greta jest taką samą pijaczką jak moja matka, lepiej tylko udaje się jej to ukrywać. Dlaczego w ogóle się nie starzejesz, Greto? Mama zawsze była zazdrosna o twój wygląd. Chociaż nie w tej chwili. Teraz jej nie zależy.
- To on - odzywa się w końcu mama. - On przepisał jej te tabletki.
- Skąd wiesz?
- Wiem.
- Mogła pójść do innego lekarza.
- To chyba jasne, że nie poszła do innego lekarza. Ludzie, którzy zamierzają odebrać sobie życie, zawsze się zdradzają. Chcą, by ich powstrzymać. On mógł ją powstrzymać, gdyby chciał.
- Zrobiłby to, gdyby coś podejrzewał. Ostatnio sprawiała wrażenie, że ma się znacznie lepiej. Że jest prawie szczęśliwa.
- Prawie szczęśliwa!
- Spotkałam ją zaledwie przed tygodniem, powiedziała, że...
- Że też akurat ty mówisz coś takiego!
- Chodzi mi tylko o to, że nie ma sensu oskarżać.
- To nie jest oskarżenie. To jest konstatacja.
Mama opróżnia kieliszek i napełnia go ponownie. Greta wodzi palcami po pierścionku, który dostała od Andreasa na swoje czterdzieste piąte urodziny. Greta jest pięć lat młodsza od mamy. Nie ma dzieci. Miała piętnaście lat, kiedy mama urodziła mnie i Carla. Podobno pierwsze zdanie, jakie wtedy powiedziała, brzmiało: „Bliźniaki? To jest dziedziczne. To siedzi w genach. Jeżeli ty masz dwójkę, to ja też urodzę dwójkę.”
I Greta nigdy nie zdecydowała się na dziecko.
Moja rodzina zawsze była bogata. Pewne rodziny po prostu niezasłużenie są bogate. Ani mama, ani Greta nigdy nie pracowały. Ja też nie. Próbowałam. Poświęciłabym życie, by przynajmniej w połowie dorównać Carlowi. Ale byłam złą aktorką, żałosną poetką, poniosłam fiasko jako malarka. Byłam zerem. Nierównowaga między mną a Carlem musiała powstać już w łonie matki. Zaskakujące, że jako dzieci byliśmy do siebie niezwykle podobni z wyglądu. O reszcie lepiej nie wspominać. Nie myślcie, że zazdroszczę Carlowi. Kocham mojego brata. To jedyne nieegoistyczne uczucie, jakie kiedykolwiek żywiłam.
- Gdzie jest Carl? - pyta Greta.
- Nie wiem. Może w domu, w atelier.
- Nie widziałaś się z nim?
Mama kręci przecząco głową.
- Rozmawialiśmy chwilę przez telefon. Jest całkiem rozbity. Nie sądzę, żeby miał ochotę spotykać się z kimkolwiek. A już na pewno nie ze mną.
- To straszne.
- Co jest takie straszne?
- Że nie ma go tutaj.
- Przecież ty jesteś tutaj. Kiedy ty jesteś tutaj, nie grozi mi żadne nieszczęście.
Tyle o siostrzanej wspólnocie. Czas się zbierać, Greto. Pójdę z tobą. Akurat teraz wolę być w twoim towarzystwie niż z mamą. Przynajmniej z twojego powodu nie mam wyrzutów sumienia. Mówicie sobie do widzenia i schodzisz do samochodu. Sadowię się koło ciebie na przednim siedzeniu. Prowadząc wyszukujesz kasetę i wkładasz ją do magnetofonu. Robisz to automatycznie, nie odrywając wzroku od drogi. Vivaldi. Dla ciebie to muzyczna papka. Każdą muzykę tak traktujesz. Równie dobrze mogłabyś słuchać Herba Alperta.
Greta nie jedzie wprost do domu, kieruje się do galerii Andreasa. Pewnie czeka tam na nią od wielu godzin. Nie żeby chciał, ale nie ma innego wyjścia. Andreas nie ma pieniędzy. Nie byłby w stanie utrzymać tej galerii, gdyby nie Greta. Ze wszystkich wystaw, jakie urządził, udało mu się sprzedać tylko parę obrazów Carla.
Galeria mieści się w dzielnicy Östermalm, parę przecznic od mieszkań Grety i Andreasa. Jak w każdy poniedziałek jest nieczynna, lecz Andreas nie zamknął drzwi na klucz. Wychodzi Grecie na powitanie. Ależ on przystojny! Piękny jak malowidło Caravaggia. Co nie stanowi jego jedynego podobieństwa do Caravaggia, ale o tym Greta szczęśliwie nie ma pojęcia. Andreas całuje ją w usta. Nie jest to francuski pocałunek.
- Co słychać? - pyta Greta.
- W porządku. Przejrzałem papiery.
- I jak?
- Przez najbliższy miesiąc nie powinno być problemów.
Greta rozgląda się po lokalu. Może sprawiać wrażenie, że przygląda się obrazom, lecz w rzeczywistości szuka wzrokiem czerwonych i zielonych kartek.
- Nie wiem - mówi. - Moim zdaniem trochę to wszystko oklepane. Nieco w stylu Klee.
- Paula Klee? - pyta Andreas.
- Tak, nie sądzisz?
- Czy ja wiem...
- Nie spróbowałbyś teraz z Lindbergiem? Spotkałam go w zeszłym tygodniu. Ma sporo nowych rzeczy.
- Widziałaś je?
- Nie, ale rozmawialiśmy o tobie. Podoba mu się twoja galeria. Mówi, że nie wystawiasz byle czego.
- I dlatego go nie wystawiam.
- Nie sądzę, żeby był aż taki zły.
Greta robi krok w stronę Andreasa, jej ręka zsuwa się wzdłuż jego biodra. Zaiste, Greto, masz to we krwi. Zastanawiam się, czy zauważyłaś, że dłoń Andreasa zwinięta jest w pięść, kiedy przesuwa ją po twoich plecach.
- Obawiam się, że muszę tu jeszcze posiedzieć - wykręca się Andreas.
- Nie zaprosisz mnie na filiżankę kawy, zanim sobie pójdę?
- Jasne.
Wchodzą do kantorka. Andreas zamyka drzwi. Jestem na tyle delikatna, aby nie iść za nimi. Żal mi Grety. On od niej ucieka, a ona nawet tego nie zauważa. To niezbyt piękne, oszukiwać kobietę w ten sposób.
Po dwudziestu minutach drzwi otwierają się ponownie. Greta i Andreas całują się na pożegnanie.
- Zadzwoń do Torstena Lindberga - przypomina mu.
Andreas wraca do kantorka. Dłonie wyciera o nogawki spodni, jak gdyby usiłował coś z siebie zetrzeć. Potem podnosi słuchawkę telefonu.
- To ja, Andreas. Jak się czujesz? Martwiłem się o ciebie. Moglibyśmy się zobaczyć?
Umawia się na spotkanie w środę i odkłada słuchawkę. Carl również. Siedzi przy oknie w starym ceglanym budynku, który przerobił na mieszkanie i atelier. Podchodzę do niego. Za oknem widok rozciąga się aż do Djurgården. Wieczór jest piękny. Słońce właśnie zachodzi i światło jest ciemnożółte. Carl lubi ten rodzaj światła, lecz dziś go nie widzi. Przed oczami ma tylko butelkę piwa, stojącą na stole wraz z trzema innymi. Jeszcze nie jest pijany, ale będzie. Carl, nie powinnam cię była zostawić. Pamiętasz, jak się razem bawiliśmy? No, może niezupełnie jak rodzeństwo. Kiedy byliśmy mali, ja również wyglądałam jak chłopiec. Ludzie brali nas za braci. Prawie się przeraziłeś, kiedy spostrzegłeś, że ja się zmieniam, a ty nie. Kazałeś mi zdejmować ubranie i ciągle chciałeś się na mnie gapić. Byłeś zabawny. Już wtedy trochę szalony. I wiem, że gdybyś nie wlał w siebie tego piwska, wyczułbyś, że tu jestem. Tę zdolność też posiadasz. Powtarzałeś wiele razy, że Henrik cię prześladuje. Mnie również, choć nie mogłam go wtedy zobaczyć. W tamtych czasach nie wierzyłam w duchy. Teraz wierzę.
Zapala papierosa. Cholera, też mam chęć zajarać. Pomimo że moje ciało jest daleko, odnoszę wrażenie, jakbym wciąż je posiadała. Dzisiaj byłam już głodna, śpiąca, chciało mi się sikać. To mniej więcej tak jak ból w amputowanej nodze. Chciałabym móc wyjąć papierosa z twojej dłoni i sztachnąć się. Przy okazji mogłabym cię dotknąć. Nie bądź taki przygnębiony, Carl. Nie można się ożenić z własną siostrą.

*

Carl był trudnym dzieckiem. Nauczyciele w szkole sądzili, że jest opóźniony w rozwoju. Koledzy uważali, że jest gwałtowny. Bali się go. Kiedy miał dziewięć lat, zaczął palić. To była przyzwoita szkoła, nie dla żadnych łobuzów, kiedy więc pewnego dnia Carl wszedł do klasy z papierosem wiszącym w kąciku ust, dyrektor uznał, że tego już za wiele. Carl musiał przenieść się do klasy specjalnej. W naszej szkole klas specjalnych nie było.
Siedziałam w salonie razem z mamą i Gretą i przysłuchiwałam się, jak dyskutują o przyszłości Carla. Wtedy wciąż jeszcze były dobrymi przyjaciółkami. Dużo się od tamtego czasu zmieniło.
- Nie pozwolę, żeby go przenieśli - powiedziała mama. - Stanie się jeszcze gorszy. Znajdziemy prywatnego nauczyciela.
- Tak będzie chyba najlepiej - odrzekła Greta. - Ale czy szkoła się na to zgodzi?
- Musi się zgodzić. Będzie zaliczał poszczególne przedmioty. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Rok temu był inny. Zupełnie normalny.
Normalny. Greta uśmiechnęła się nieznacznie. Carl nigdy nie był normalny. Potrafił bez powodu rzucić się na kogoś i bić go na oślep. Potrafił podpalić swoje podręczniki w środku lekcji i spokojnie rozwiązywać zadania matematyczne, gdy tymczasem z ławki unosił się dym. Wejście do klasy z zapalonym papierosem było tylko kroplą, która przepełniła czarę. Carl był beznadziejny. Carl był szurnięty. Carl skończyłby w zakładzie, gdyby czegoś nie zrobiono. Mama zrobiła. Zatrudniła prywatną nauczycielkę. Dwudziestopięcioletnią guwernantkę. Dziewczyna uczyła wcześniej dzieci szwedzkich dyplomatów. Miała brązowe, średniej długości włosy, duże, wilgotne usta i największe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Na imię jej było Amanda.
Amanda... Ledwie cię zobaczyłam, przeczułam tarapaty. Kiedy cię zobaczyłam razem z Carlem, byłam już tego pewna. Pracowałaś u nas przez pięć lat i przypuszczalnie było to pięć najważniejszych lat w życiu moim i Carla. Ale nie tylko z twojego powodu. Kiedy mieliśmy dwanaście lat, mama spotkała Henrika. Kiedy mieliśmy trzynaście, wprowadził się. Rok później mama znów została sama. Piętnastoletniego Carla wysłano do Austrii, a ty na życzenie mamy wypowiedziałaś pracę (otrzymałaś jednak znakomite referencje).

*

Czy muszę mówić, że przy Amandzie wyniki Carla w nauce zdecydowanie się poprawiły? Siadywali w dużym atelier na piętrze. Poza biurkiem i dwoma krzesłami nie było tam innych mebli. Przez panoramiczne okno mogli widzieć drzewa, wyciągające swe gałęzie aż pod dom.
Amanda nie była zwykłą nauczycielką. To ona nauczyła Carla grać na pianinie i na puzonie. To ona zachęcała go, by rysował. Zabierała go do teatrów i na wystawy. Kiedy Carl skończył dwanaście lat, pojechali do Paryża. Amanda miała tam przyjaciół, u których mogli się zatrzymać.
Nienawidziłam tego wszystkiego. Mój brat odsunął się ode mnie. Był odmieniony. Wiedziałam, że zmieni się jeszcze bardziej. Brakowało mi potajemnych zabaw, którym oddawaliśmy się w garderobie, na podłodze zasłanej rzeczami mamy. Zazwyczaj Carl najpierw tylko patrzył. Potem dotykał mnie lekko, jakby dla żartu. Skłonił mnie, bym również go dotykała, i pamiętam, jak się przestraszyłam, kiedy pierwszy raz poczułam, że to rośnie w mojej dłoni.
- To nie jest niebezpieczne - powiedział. - To się często zdarza.
Carl, byłeś małym demonem. Potrafiłam cały dzień kręcić się bez celu i marzyć, żebyś nigdy więcej nie zwabił mnie do garderoby. Nawet modliłam się o to do Boga, klęcząc przed łóżkiem, z majtkami klejącymi się do szparki. Ale obecność Amandy w domu oznaczała, że nie miałeś dla mnie już czasu. Nienawidziłam waszych kroków na schodach, kiedy szliście na górę do dużego pokoju i zamykaliście drzwi. Nienawidziłam dźwięku puzonu i waszych rozmów przy obiedzie, z których nic a nic nie pojmowałam. Nienawidziłam Amandy.
To wówczas wprowadził się Henrik. Nie pamiętam, jak wyglądał. Jedyne, co widzę, to dwoje brązowych, niemal czarnych oczu, zmierzwiona broda, brzuch sterczący jak u ciężarnej kobiety. Pamiętam również zapach fajki, smak tytoniu, a także ten drugi smak. Ale rysy jego twarzy uległy zatarciu.

Carl opróżnia ostatnią butelkę piwa, opiera głowę na rękach i zasypia. Śpi niespokojnie. Od czasu do czasu jest bliski osunięcia się na podłogę, ale poprawia się w krześle. Za dużo sobie roisz, Carl. To dlatego nie możesz spać po nocach. Mruczysz coś przez sen. Powtarzasz raz po raz: nienawidzę cię.


Tło strony pochodzi z witryny
pana Wiesława Sadurskiego:


O książce    O autorce    W poszukiwaniu wydawcy    Strona tłumacza