|
Paweł Pollak O tym i owym |
Tłumacz literaturyPozycja tłumacza literatury przypomina pozycję lekarza w ubiegłej dekadzie: duży prestiż przy mizernych zarobkach. Może dlatego niektórzy chętnie posługują się tym tytułem, choć nie mają cierpliwości, by przysiąść na czterech literach na czas potrzebny do przetłumaczenia książki. Swego czasu natrafiłem na ogłoszenie, że odbędzie się panel poświęcony literaturze szwedzkiej, w którym wezmą udział „młode tłumaczki” tejże literatury. Dorobek „młodych tłumaczek” zamykał się wówczas w dwóch przypadkach liczbą opublikowanych książek zero, a trzecia miała na swoim koncie całą jedną. Pokazać się wśród ludzi, podyskutować, ogłosić się dumnie tłumaczem literatury, to jest atrakcja, a nie siedzenie w czterech ścianach i bawienie się we współczesnego benedyktyna (no bo w tłumaczeniu zawiera się przecież element przepisania książki). Nasuwa się więc pytanie, kiedy to miano staje się zasadne. Chyba nikt (poza samymi zainteresowanymi) nie ma wątpliwości, że nie po publikacjach prasowych. Prawdziwym testem umiejętności jest wydanie przekładu w formie książkowej. Pytanie, czy jeden wystarczy. W przypadku literatury szwedzkiej przemawiałoby przeciwko temu spojrzenie na bibliografię przekładów. Kilkadziesiąt (czyli znakomita większość) nazwisk tłumaczy pojawia się w niej tylko raz. Nie umiem powiedzieć, z czego to wynika, ze zniechęcenia, że wydanie książki jest takie trudne, czy jednak aż tak dużo osób po pierwszym przekładzie przekonuje się, że tłumaczenie literatury to zajęcie wcale nie dla nich. Za dorobkiem przynajmniej dwóch przekładów książkowych kwalifikującym do miana tłumacza literatury przemawiałaby też analogia do pisarzy. Nie tylko trzeba mieć dwie napisane książki, żeby móc wstąpić do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale i w powszechnym odczuciu za pisarza uchodzi się, kiedy potwierdzi się, że pierwsza powieść nie była efemerydą. Jeden z moich znajomych (niezwiązany ze środowiskiem literackim), kiedy wręczyłem mu „Kanalię”, zapytał mnie, czy planuję kolejną powieść, „bo wtedy będzie mógł się pochwalić, że ma kolegę pisarza.”
Ten pęd do tytułowania się tłumaczem literatury jest o tyle dziwny, że poza środowiskiem tłumacz jest nikim. Dla przeciętnego czytelnika czy krytyka nie istnieje. Naczelna krytyczka literacka kraju, kiedy omawia w swoim programie powieści zagranicznych autorów, nie ma w zwyczaju podawania nazwisk tłumaczy. Czyżby ziściły się nasze wielkomocarstwowe zapędy i wszędzie na świecie pisali po polsku? Proszę spojrzeć na poniższe dane bibliograficzne książki: ![]() Recenzentka podaje absolutnie wszystko, co się da, z wyjątkiem nazwiska tłumacza. No bo i po co? Tłumacz jest mało ważny. Kudy tam, że spędził kilka miesięcy nad książką, że przez rok dobijał się do wydawnictw, gdzie traktują go nie jak potencjalnego współpracownika, tylko uciążliwego akwizytora, że to dzięki jego uporowi autorka zaistniała na polskim rynku. (Gwoli sprawiedliwości: recenzentka zareagowała na krytykę i zaczęła podawać nazwiska tłumaczy.) „Sztuka bycia Elą” stała się hitem wśród polskich blogerek piszących o książkach, ale tylko nieliczne raczyły zauważyć, że ktoś tę książkę przełożył. A domagam się wyłącznie odnotowania suchego faktu, tłumaczył ten i ten, bo choć oczywiście jestem próżny i żądny pochwał, to uważam, że przeciętny czytelnik czy recenzent nie ma kwalifikacji, żeby przekład oceniać, czy to pozytywnie czy negatywnie.
Oczywiście większości bynajmniej nie przeszkadza to w wieszaniu psów na tłumaczach, przykład takiego krytykanctwa mamy tutaj: ![]() Córkowska nie zna oryginałów, co jest warunkiem sine qua non, żeby oceniać przekład, w tych kilku zdaniach sadzi takie byki, że rodzi się pytanie, jakim cudem została przyjęta na studia humanistyczne, ale nie przeszkadza jej to dezawuować cudzej pracy. Bez żadnego uzasadnienia, bez przykładów, po co ryzykować rzeczową krytykę, na którą tłumacze (Söderberga poza mną tłumaczyła też Ewa Gruszczyńska) mogliby odpowiedzieć i wykazać, że Córkowska ma takie pojęcie o przekładzie literackim jak głuchy o muzyce. Co trzeba jej zapisać na plus to fakt, że przynajmniej nie ukrywa swojej indolencji za pseudonimem, tylko występuje pod nazwiskiem. Doceniam to, bo dorobiłem się już małego anonimowego fan clubu, który po moich wystąpieniach dostaje histerii i napada na mnie w Internecie, zarzucając mi brak kultury i choroby psychiczne (jak wiadomo, opluwanie innych zza anonimowej gardy jest przejawem wyniesionej z domu kindersztuby i zdrowych relacji z otoczeniem).
Wracając do dezawuowania osiągnięć tłumaczy, jednym z bardziej obrzydliwych jest strona znana pod nazwą „Lista tłumoków”. Jej założycielowi wydaje się bardzo zabawne, że znalazł obraźliwe określenie podobne do słowa tłumacz, tymczasem w obrażaniu ludzi nie ma nic zabawnego. Złego tłumacza możemy nazwać partaczem, fuszerem czy ignorantem, ale nie tłumokiem. Tak samo jak grafomański pisarz to nie debil, a fałszujący piosenkarz to nie kretyn. Do tego dochodzi stalinowska metoda kwalifikowania na tę listę: na podstawie donosu, że tłumaczenie jest złe, bez sprawdzania, czy tak jest rzeczywiście. „Ocena” sformułowana przez Córkowską o przekładach Söderberga uzasadniałaby wpisanie mnie na tę listę. I w sumie żałuję, że się na niej nie znalazłem, jak jej pomysłodawca zapłaciłby wysokie odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych, przemyślałby swoje poczucie humoru. Dziwi mnie tylko, że osoby tam wymienione tolerują takie uwłaczanie ich godności.
Na polskim rynku mamy masę słabych przekładów, ale winni są temu nie tylko tłumacze. Mało kto pracuje w tak niesprzyjających warunkach. Tłumacz dostaje groszowe honorarium i to zwykle dopiero po zakończeniu pracy albo w ogóle po wydaniu książki (czyli w trakcie tłumaczenia musi jeszcze martwić się, jak zarobić na życie), na ogół mniej niż połowę czasu, który tak naprawdę jest potrzebny, żeby solidnie wykonać przekład, redakcja - zwłaszcza w przypadku rzadszych języków - na ogół nie uwzględnia kolacjonowania, czyli porównania przekładu z oryginałem, bo etatowy redaktor nie zna danego języka, a zlecanie redakcji na zewnątrz to dodatkowe koszty - i w efekcie do księgarni trafia właściwie półprodukt. Czy coś można na to poradzić? Jak pokazuje przykład z Underdogiem krytyka nie robi na wydawnictwach najmniejszego wrażenia, co oznacza, że nie wpływa na decyzje o zakupie ani nie skłania czytelników do oddania bubla i domagania się zwrotu pieniędzy. Można, jak słowo obraz/terytoria, wypuścić parodię przekładu i na tym zarobić. Mam pomysł, jak można by zmusić wydawnictwa do dbania o jakość przekładu, pewnie nierealizowalny, ale go przedstawię. Przy Bibliotece Narodowej albo Instytucie Książki powinna powstać komórka monitorująca jakość przekładów. Wystarczy jeden pracownik, który zlecałby kompetentnym osobom analizę tłumaczeń losowo wybranych książek, po czym raz w roku sporządzał - i to jest istota tego pomysłu - ranking wydawnictw. Prasa uwielbia wszelkiego rodzaju rankingi, zestawienia, że wydawnictwo A publikuje kongenialne przekłady, a wydawnictwo B gnioty, z pewnością chętnie by zamieszczała. A takie nagłośnienie mogłoby już się przełożyć na sprzedaż. Więcej czytelników rzuci okiem na punktowe zestawienie i je zapamięta, niż przeczyta szczegółową recenzję ze wskazaniem wszystkich plusów i minusów przekładu. Że na to trzeba by wydać pieniądze podatników? Ten argument przeciw byłby zasadny, gdybyśmy z podatków nie łożyli na kulturę. Ale łożymy. A tłumaczone książki stają się elementem naszej kultury. Co więcej, język tłumaczeń ma większy wpływ na polszczyznę Polaków niż język oryginalnych utworów polskich pisarzy, bo chyba mało kto czyta więcej rodzimych autorów niż zagranicznych. Jak chełpliwie, ale słusznie zauważa tłumacz będący bohaterem opowiadania „In Dichters Lande” Zbigniewa Kruszyńskiego: „Nikt (...) nie napisał tylu powieści, ile zostało przetłumaczonych.”
Nie da się też podnieść jakości tłumaczeń bez zapewnienia tłumaczom literatury godziwych zarobków, tak by na ten zawód decydowali się ludzie rzetelni, sprawnie wykonujący swoje obowiązki, kiedy im za to przyzwoicie płacą (a nie fuszerzy, którzy za wszelką cenę chcą zobaczyć swoje nazwisko wydrukowane na stronie tytułowej książki). I nie domagam się tu znacząco wyższych kwot od wydawców, ci, jeśli są w stanie podnieść honoraria, to niewiele. Żaden wydawca nie zdoła zapłacić za czas, który trzeba poświęcić na przekład Söderberga (inna sprawa, że wydawcy w ogóle nie różnicują, za przekład trudnego tekstu płacą tyle samo, co banalnie prostego, patrząc wyłącznie na objętość). Czego brakuje, to stypendiów twórczych dla tłumaczy. Dostrzegliśmy już, że należy wspierać tłumaczy literatury polskiej na języki obce, ale nie dojrzeliśmy jeszcze do tego, żeby zadbać o rodzimych. Dostrzegamy, że ci pierwsi promują polską kulturę, nie widzimy, że ci drudzy ją współtworzą. Niby są oznaki poprawy, ostatnio nagroda Angelusa stała się też nagrodą dla tłumacza (przyznawaną jednak według nonsensownego kryterium, nagradzany jest tłumacz zwycięskiej książki, która wcale nie musi być najlepiej przetłumaczona), ale wysokie nagrody nie są rozwiązaniem. Mają bowiem to do siebie, że po pierwsze dostają je nieliczni, po drugie są jednorazowe. Tymczasem tłumaczy należałoby wspierać regularnymi stypendiami średniej wysokości, pomyślanymi jako dodatek do honorariów za książki, umożliwiającymi im poświęcenie się pracy twórczej. (luty 2010)
|
Socjalistyczna Republika GraficznaMimo że PRL staje się coraz odleglejszym wspomnieniem, enklawy socjalizmu jak poczta czy górnictwo mają się doskonale. Nie ma się temu co dziwić, bo socjalizm choć narzucony nam siłą tak naprawdę idealnie trafił w polską mentalność. Czego dowodzi fakt, że socjalistyczne myślenie przetrwało też w całkowicie wolnorynkowym zawodzie jakim jest zawód grafika. ![]() Standardowo w wydawnictwach wykonanie okładki zleca się w ten sposób, że stale współpracujący z wydawnictwem grafik przygotowuje kilka projektów i z nich wybiera się najlepszy. Startując ze swoim wydawnictwem, postąpiłem podobnie, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że ta metoda, choć powszechna, się nie sprawdza. Chociaż współpracowałem z bardzo dobrą graficzką, czasami żadna z zaproponowanych okładek nie pasowała mi do książki. Zrozumiałem, że źle zrobiłem, szukając dobrego grafika, że trzeba szukać dobrej okładki. I wpadłem na pomysł konkursu. Wydając „Jezusa Barabasza” urządziłem konkurs: chętni mieli przysyłać projekty okładek, z których coś bym sobie wybrał. To rozwiązanie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jedna z nadesłanych propozycji idealnie, moim zdaniem, oddawała treść i charakter książki, była tą okładką, którą sam bym zrobił, gdybym miał pomysł i jakiekolwiek uzdolnienia plastyczne. W konkursie na okładkę „Niebłahych igraszek” również jedna z propozycji wspaniale współgrała z powieścią. Ponieważ w konkursach zwyciężyły dwie różne osoby, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że ta metoda szukania wykonawcy jest optymalna. Gwarantuje okładkę, która jest, powiedzmy górnolotnie, wizualną emanacją duszy książki. ![]() Kiedy publikowałem swój poradnik „Jak wydać książkę”, po raz pierwszy zamieściłem ogłoszenie na grupie dyskusyjnej. I doznałem szoku. Reakcją była chamska napaść, plucie i obrażanie w stylu, przy którym epitety prezesa Kaczyńskiego pod adresem politycznych przeciwników to pieszczotliwe określenia. Z tego, co się zorientowałem (na początku, potem oczywiście nie czytałem), użytkownicy mieli pretensje o dwie rzeczy: że w ogóle jest konkurs, bo przecież należałoby ich, koryfeuszy zawodu, podjąć za nogi i uniżenie poprosić o przyjęcie zlecenia, i że mają podać, jakiego wynagrodzenia oczekują za wykonanie okładki, bo podejrzewali, że jest to sposób, by nabyć okładkę jak najtaniej. ![]() Nie do końca słusznie, bo wtedy nie robiłbym konkursu i nie prosił o projekty, tylko dał ogłoszenie „kto mi zrobi okładkę za grosze”. Owszem, jeśli będę miał dwie równorzędne propozycje (dotąd się to nie zdarzyło), wybiorę tańszą, ale w gospodarce rynkowej nie ma w tym nic zdrożnego, przeciwnie, tak się kręci ta karuzela, że każdy próbuje kupić taniej, a sprzedać drożej. Czasy, w których za okładkę płaciło się według tabel ZPAP-u, szczęśliwie minęły, choć, jak widać, nie wszyscy przyjęli to do wiadomości.
Jeden z oburzonych zaznaczył, że on, wybitny grafik z wieloletnim doświadczeniem, owszem, ewentualnie mógłby zniżyć się do współzawodnictwa z żółtodziobami, dla których są takie „konkursidła”, i „wykonać darmowy projekt”, gdyby wiedział, jaką kwotę zamierzam wyłożyć. No cóż, osobiście od fachowca oczekuję, że będzie znał ceny w swojej dziedzinie. I najwyraźniej żółtodzioby w przeciwieństwie do wybitnego grafika tę wiedzę posiadły, bo roszczenia oscylują zwykle w przedziale kwot płaconych przez wydawnictwa za okładki. Zdarzają się propozycje dużo tańsze i dużo droższe, ale co ciekawe, poziom i jednych, i drugich jest beznadziejny, co potwierdza moją tezę, że specjalista z prawdziwego zdarzenia wie, ile za jego umiejętności płacą.
Przez chwilę wydawało mi się, że w sformułowaniu „darmowy projekt” dostrzegłem przyczynę tego niesłychanego oburzenia. Może przygotowanie wstępnego projektu jest zbyt pracochłonne? Ale nie. Poszczególni uczestnicy nadsyłali taką liczbę propozycji, że byłem zmuszony ograniczyć ich liczbę do trzech. Tłumacz starający się o przekład książki i mający przygotować 10-stronicową próbkę, na pewno nie zrobi 60-stronicowej, gdyż to za duży wkład pracy. Tymczasem sześć projektów okładek od jednego grafika wcale nie było rekordem.
Firmy startują w przetargach, aktorzy biorą udział w castingach, tłumacze przygotowują próbki i wszyscy uważają za coś normalnego, że o zlecenie trzeba powalczyć, tylko graficy chcieliby dostawać zlecenia za zasługi. Ja mam większe portfolio, więc mi się należy. Tyle że jak przeglądam nadesłane prace, to widzę, że im większe portfolio, tym mniejsza świeżość spojrzenia. Okładka na poradnik „Jak wydać książkę”? Gros propozycji od doświadczonych grafików: motyw książki i maszyny do pisania, bo co innego można dać na okładkę takiego poradnika. A jednak można, o czym świadczy zwycięska praca, którą wykorzystałem (ale, dodajmy uczciwie, nadesłana też przez doświadczonego grafika).
Innym przejawem socjalistycznej mentalności grafików jest domaganie się regulaminu. „Gdzie jest regulamin konkursu, dlaczego nie ma regulaminu, jestem oburzony, pierwszy raz biorę udział w konkursie, w którym nie ma regulaminu.” To nie bierz udziału, jeśli nie możesz żyć bez regulaminu, chciałoby się powiedzieć, nie ma przymusu. Regulaminomania to objaw polskiego zamiłowania do biurokracji. Z biurokracją jest jak z socjalizmem, narzucona, ale ją kochamy. Wiedzą o tym wszyscy przedsiębiorcy, którzy zgodnie z prawem usiłują wystawiać faktury bez pieczątki i podpisu, bo od pięciu lat nie ma takiego wymogu. „Otrzymaliśmy od państwa fakturę bez podpisu, prosimy o dosłanie podpisanej. Prawo nie wymaga. Ale nasza księgowa tak, więc prosimy podpisać.” Regulamin jest obowiązkowy, kiedy ogłasza się przetarg czy konkurs, w którym będą wydatkowane publiczne pieniądze. A za okładkę płacę ze swojej kieszeni i zasady podaję w ogłoszeniu. Wybieram zwycięski projekt i z jego autorem nawiązuję współpracę, zaś pozostałym uczestnikom przesyłam informację, że ich prac nie wykorzystam. I docenia to każdy, kto kiedykolwiek próbował współpracować z polskimi wydawnictwami i przekonał się, że odpowiadanie na przesyłane propozycje (choć o te propozycje proszą) nie jest respektowaną przez nie normą kultury.
(wrzesień 2009)
|
Gatunek: tłumaczWędrując sobie po sieci, natrafiłem na artykuł o zawodzie tłumacza. Ponieważ ten właśnie zawód wykonuję, artykuł mnie zaciekawił i go przeczytałem. Po przeczytaniu spadłem z krzesła. Po wdrapaniu się z powrotem na krzesło, postanowiłem to kuriozum skomentować. Fragmenty artykułu niebieskim kolorem. Znawcy przedmiotu wiedzą, że nie ma tłumaczeń idealnych i każde stanowi mniej lub bardziej wierną trawestację, przeróbkę oryginału.
Znawcy przedmiotu wiedzą, że istnieje takie pojęcie, jak przekład ekwiwalentny. Mówiąc bardziej zrozumiale: kongenialny. Trawestacja ma się tak do przekładu, jak odbicie w krzywym zwierciadle do odbicia w lustrze. Ponieważ jednak kwestia tłumaczenia jest skomplikowana, wśród tłumaczy rozróżnia się najrozmaitsze odmiany: tłumacza literackiego, przysięgłego, kabinowego, symultanicznego i kilka innych.
No i dowiedzieliśmy się, że tłumacz to coś w rodzaju zwierzęcia, które występuje w bardzo ciekawych odmianach. Równie dobrze można podzielić chirurgów na neurochirurgów, chirurgów mających uprawnienia biegłego sądowego, kardiochirurgów, chirurgów wykonujących operacje serca i kilku innych. Tłumacz kabinowy i symultaniczny to jedno i to samo. Tłumaczenie symultaniczne to tłumaczenie jednoczesne, a kabina jest sprzętem takie tłumaczenie umożliwiającym.
Tłumaczy można podzielić na pisemnych i ustnych. W zasadzie są to dwa odmienne zawody, bo wymagają przeciwstawnych predyspozycji. W niektórych językach, na przykład w niemieckim i szwedzkim, na określenie tych dwóch specjalności występują dwa różne słowa. Tłumaczy ustnych można podzielić na symultanicznych i konsekutywnych (w tym wypadku tłumacz czeka, aż mówiący zakończy wypowiedź lub jej część, i dopiero wtedy tłumaczy). Pisemnych w zależności od rodzaju tłumaczonych tekstów na technicznych, ekonomicznych, literackich itd. To trochę płynne, bo na ogół rzadko przekłada się tylko jeden rodzaj tekstów, ale rzeczywiście można mówić o specjalizacji. Tłumacz przysięgły to osobna kategoria. Jako jedyny musi mieć formalnie potwierdzone umiejętności. Pisemnie zajmuje się głównie tłumaczeniem dokumentów, a jego pieczątka nadaje tłumaczeniu moc urzędową, natomiast ustnie tłumaczy w sytuacjach oficjalnych (proces sądowy, ceremonia ślubna, przesłuchanie przez policję itp.). Predyspozycje: Choć liczba osób znających języki obce jest spora, to nie każdy może zostać tłumaczem.
Święta prawda. Choć każdy umie biegać, nie każdy może zostać sprinterem. Tłumacz nie tylko bowiem musi znać język, ale musi go opanować doskonale.
Święta prawda. Jak ktoś chce zostać sprinterem, musi biegać szybciej od innych. Nie wystarczą tu predyspozycje językowe - konieczny jest jeszcze talent językowy w dziedzinie komunikacji słownej.
A jak ktoś nie ma „talentu językowego w dziedzinie komunikacji słownej”, to może zostać tłumaczem pisemnym czy nie? Niezbędne są umiejętności łatwej komunikacji z innymi, a więc talenty interpersonalne (jeśli pracuje z ludźmi).
Jak pracuje w kabinie, to pracuje z ludźmi czy nie? Potrzebna jest wyobraźnia, dokładność i precyzja w wyrażaniu się oraz myśleniu.
Można powiedzieć, że tak samo jak przy pisaniu artykułów. Jak każdemu filologowi, tłumaczowi potrzebne jest także tzw. ucho językowe, a więc większa niż przeciętnie wrażliwość na słowo.
Myślałem, że ucho językowe to takie z dłuższym płatkiem i już chciałem iść do lustra sprawdzić, czy nadaję się na tłumacza, ale na szczęście doczytałem do końca. Tylko nie wiem, co to jest ta wrażliwość na słowo. Że niby jak tłumacz usłyszy słowo „rozpacz” to płacze, wybucha śmiechem, kiedy ktoś powie „radość”, a dyskretnie rzucone „seks” go podnieca? Jeśli chce być tłumaczem symultanicznym, musi mieć odpowiednią prezencję i kulturę bycia
Bo, jak wiadomo, tłumacz konsekutywny może tłumaczyć na spotkaniu biznesowym w dresie, a przysięgły w trakcie rozprawy sądowej na kacu. a także refleks i umiejętność koncentracji, nawet w zgiełku
W jakim zgiełku jak ma kabinę? Jeśli chce być tłumaczem przysięgłym, powinien być odpowiedzialny
Właśnie. Odpowiedzialność to jest najważniejsza cecha tłumacza przysięgłego. No bo jakby taki nieodpowiedzialny przetłumaczył na przykład akt ślubu, to potem nie wiadomo by było, czy ten akt ważny czy nieważny, a jak to tak na kocią łapę? jeśli zaś ma zamiar zostać tłumaczem literackim, powinien być zarazem pisarzem
O w mordę jeża! A ja pisarzem zostałem dopiero po przetłumaczeniu dziesięciu książek. To znaczy, że te dziesięć się nie liczy? i posiadać dar przekładania nie tylko słów, ale i wyobrażeń, kontekstów kultury, a nawet melodii języka.
- Redaktorze, książkę tłumaczowi odesłać do poprawki.
- Dlaczego? Przecież przekład jest dobry.
- Gdzie tam dobry? Wyobrażeń nie przetłumaczył ani kontekstów kultury!
- Jakich kon...
- Melodii języka też nie przełożył, fuszer jeden, pan słyszy melodię?
- Nic nie słyszę, cicho jest.
- No właśnie. Odesłać! Z chwilą, kiedy rozwinęły się kultury różnych narodów, a ich relacje stały się częstsze, pojawił się też zawód tłumacza
To jest oczywiście propaganda tych samych wrażych sił, które utrzymują, jakoby człowiek pochodził od małpy. Zawód tłumacza pojawił się, kiedy Pan Bóg pomieszał języki budowniczym wieży Babel. Wtedy szatan przyniósł na grzbiecie tłumacza, żeby mogli kontynuować budowę. Tłumacz to po prostu szatańskie nasienie. Dziś translatologia, czyli wiedza o przekładzie językowym
W odróżnieniu od jakiego przekładu? jest dyscypliną uniwersytecką (...). I choć wiedzy o przekładzie nie naucza się na odrębnych studiach, na wielu filologiach w kraju prowadzi się specjalności translatologiczne, często bardzo praktyczne i pod kątem określonych potrzeb rynku pracy.
To jak, naucza się wiedzy o przekładzie, czyli teorii, czy praktycznego tłumaczenia? Współcześnie praca tłumacza znacznie się zmieniła. Pojawiły się słowniki elektroniczne, urządzenia do tłumaczeń kabinowych, nagłośnienie i technika multimedialna.
Przed pojawieniem się nagłośnienia tłumacz biegał do każdego słuchacza na sali, co znacznie wydłużało proces tłumaczenia, nie mówiąc o tym, że musiał mieć dobrą kondycję. Dzięki słownikom elektronicznym tłumacze, którzy nie znają alfabetu, nie tracą masy czasu na szukanie słówek w papierowych. Tłumacz to profesja bodaj najbardziej prestiżowa wśród filologów i jedna z najbardziej atrakcyjnych. Co prawda, nie jest on bardzo widoczny w miejscach, gdzie pracuje (jego rolą jest tłumaczenie, a nie prezentowanie się mediom)
I dlatego chowa się w kabinie. jednak często pojawia się w ciekawych miejscach
Wyskakuje z kabiny i woła „a kuku!” a jako autor tłumaczeń literackich jest znany z książek oraz czasopism.
Że niby piszą o nim książki i artykuły? O mnie, łobuzy, nie piszą. Protestuję! Jako tłumacz przysięgły należy do grupy zawodów wolnych stosunkowo nieźle wynagradzanych. Z tych wszystkich powodów tłumacz należy do zawodów elitarnych, szanowanych i nieźle wynagradzanych.
Należy do nieźle wynagradzanych i z tego powodu należy do nieźle wynagradzanych? Tłumaczem można zostać jedynie kończąc studia filologiczne dowolnej specjalności (dowolny język) na jednym z uniwersytetów, akademii pedagogicznych czy też uczelni niepaństwowych.
A ten bezczelny typek Boy-Żeleński śmiał przetłumaczyć kilkadziesiąt książek bez dyplomu filologii. Spalić! Część z nich proponuje specjalności translatologiczne wybierane na wyższych latach studiów, ale generalnie ośrodków kształcenia tłumaczy nie jest w Polsce wiele.
No to jak? Tłumaczem można zostać po filologii, tych jest w Polsce od groma, ale ośrodków kształcenia tłumaczy jest niewiele? Żeby je [studia filologiczne] ukończyć, trzeba sporo wysiłku, choćby dlatego, że już na początku studenci mają wszystkie zajęcia w języku obcym (mimo że nie znają go jeszcze dobrze).
Na takich kierunkach jak skandynawistyka, japonistyka czy bohemistyka nie znają w ogóle. To są dopiero mózgowcy, nie rozumieją, co do nich mówią, a studia kończą. Kto jednak myśli, że filologia obca to szkoła językowa na wysokim poziomie - myli się bardzo. Wszędzie, a szczególnie na uniwersytetach studia te mają charakter właśnie filologiczny, co oznacza, że uczy się tu także historii i teorii języka, a także jego kontekstu
Studia filologiczne mają charakter filologiczny. Benedykt Chmielowski lepiej by tego nie wyjaśnił. Filolog musi być przecież specjalistą od języka w ogóle, a dopiero potem od języka specjalizacji.
Jak to ładnie powiedziane. Program filologii obcej nie jest zbyt elastyczny - wymaga zaliczenia wielu przedmiotów obowiązkowych
W odróżnieniu na przykład od takich studiów medycznych, gdzie zalicza się głównie przedmioty dowolne. Najważniejsze są bloki przedmiotów gramatycznych (językoznawczych) oraz literackich.
A nam się wydawało, że praktyczna nauka języka. Na wszystkich studiach filologicznych można wybrać orientację między językoznawczą a literaturoznawczą.
I na tym polega wyższość filologii nad seksem, w którym, jak wiadomo, orientacji sobie wybrać nie można. Zazwyczaj od początku studenci muszą zdeklarować wybór konkretnej specjalności translatoryki, którą będą się zajmować. Do wyboru są specjalności tłumaczy konferencyjnych, przekładu literackiego, przekładu słowa żywego i tłumaczenia pisemnego tekstów specjalistycznych.
Bo na konferencjach tłumaczy się słowo martwe. Wśród nauczanych tu dziedzin można wymienić główne bloki: strategie i techniki tłumaczenia oraz nowoczesny warsztat tłumacza i najnowsze środki techniczne. Z przedmiotów czysto translatologicznych należy zaliczyć blok pod nazwą tłumaczenie ustne, w ramach którego odbywają się sesje tłumaczeniowe.
Bloku pod nazwą tłumaczenia pisemne nie należy zaliczać do przedmiotów czysto translatologicznych? Do tego dochodzi stylistyka języka polskiego (fonetyka i poprawność wymowy, frazeologia, analiza struktury tekstu)
Fonetyka i frazeologia są działami stylistyki? W ostatnich latach w Polsce zmalał rynek pracy dla tłumaczy profesjonalnych, bo - w związku z lepszym wykształceniem sekretarek czy asystentek - to one przejęły częściowo funkcje tłumaczy. Tłumacz nie jest już - jak kilkanaście lat temu - zawodem egzotycznym.
Może uporządkujmy fakty. Do 1989 roku tłumacz był zawodem egzotycznym, bo Polska była odcięta żelazną kurtyną, a w naszym bloku wszyscy i tak porozumiewali się po rosyjsku, gdyż młodzież socjalistyczna w duchu braterstwa, pojednania i przyjaźni między narodami wkuwała ruskie słówka z takim zapałem, że aż jej z uszu gwizdało. Po przełomie otworzył się rynek pracy dla tłumaczy profesjonalnych. Niestety, jak na złość zmieniliśmy jeden blok na drugi, weszliśmy do Unii i tłumaczy wyrugowały sekretarki i asystentki. Tłumacze już nogami przebierali, że będą w unijnych instytucjach pracować, bo to istna wieża Babel (tak, ta sama, której tłumacz zawdzięcza swe istnienie), a tu guzik. Te skubane sekretarki i asystentki pokazały tłumaczom wała i same pojechały do Brukseli. Wciąż jednak wysokiej klasy profesjonaliści, niezbędni w kontaktach rządowych, samorządowych, administracyjnych i w prywatnym biznesie, są niezbędni i poszukiwani.
I to jest ta nisza, w której tłumacze - po skurczeniu się dla nich rynku pracy wskutek podstępnych działań sekretarek i asystentek - znaleźli zajęcie. No jak mogli nie znaleźć, skoro są niezbędnie niezbędni. Tłumacze mogą jednak wykonywać swoją pracę w innych dziedzinach, np. tłumaczyć filmy, instrukcje sprzętu (tłumaczenia techniczne).
Ale chyba z tą niszą coś nie tak, skoro muszą szukać pracy w innych dziedzinach. Można też jako tłumacz współpracować z firmami na stałe albo zostać tłumaczem niezastąpionym, specjalistą, który opanował specyficzne słownictwo pewnej branży.
Tylko że jak drugi tłumacz opanuje to specjalistyczne słownictwo, będzie mógł go zastąpić. I wtedy będzie to tłumacz zastępowalny. Specyficzną stroną tego zawodu są tłumaczenia literackie - najczęściej w formie zleceń od wydawnictw.
To się zdziwią ci, którzy myśleli, że tłumacze literaccy większość zleceń dostają z zakładów mięsnych. Są intratne
No to zobaczmy. Wydawnictwo Red Horse podaje na swojej stronie internetowej, że płaci tłumaczom 450 zł za arkusz wydawniczy. Arkusz to 22,2 strony czyli wychodzi 20,27 zł za stronę. Tłumacz przysięgły języka angielskiego dostaje 23 zł za stronę. Wynika z tego, że literacki zarabia niewiele mniej od przysięgłego. Sęk w tym, że strona tłumaczenia literackiego liczy sobie 1800 znaków, a uwierzytelnionego 1125, czyli jest o 37,5 % mniejsza. I o ten sam procent musimy pomniejszyć wynagrodzenie tłumacza literackiego, żeby móc porównać te dwie wielkości. Wychodzi, że tłumacz literacki, jeśli też rozliczałby się w stronach 1125-znakowych, dostawałby 12,67 zł za stronę. Ponad 10 zł mniej niż przysięgły. A dodajmy jeszcze, że stawka 23 zł dla tłumacza przysięgłego jest stawką urzędową płaconą przez sądy i prokuraturę, na wolnym rynku jest ona znacznie wyższa. na pewno dają dużo zadowolenia, ale dodatkowo wymagają literackiego wyczucia, a czasem talentu.
To prawda, że tylko czasem wymagają talentu. Widać to po licznych przekładach. Wielu tłumaczy pracuje na zasadzie zleceń na tłumaczenia symultaniczne lub kabinowe.
A inni pracują na zasadzie zleceń na tłumaczenia pisemne lub pisane na papierze. Wreszcie w Polsce można zostać tzw. tłumaczem przysięgłym. Droga do tego jest jednak dłuższa, bo po studiach trzeba zdać egzamin organizowany przez Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich i dopiero potem można zacząć działalność.
Jeśli ktoś chce zdawać egzamin na przysięgłego w Stowarzyszeniu Tłumaczy Polskich, to lepiej, żeby przystąpił do niego w Stowarzyszeniu Hodowców Kur. Tam łatwiej zda, a uprawnienia będzie miał dokładnie takie same, czyli żadnych. Np. same tylko stawki tłumaczeń za stronę formatu A4 wahają się w przedziale od 20 do 40 zł
Stronę formatu A4 zapisaną petitem czy czcionką dla osób słabowidzących? Wielkością obiektywną jest liczba znaków (włącznie ze spacjami) gotowego tłumaczenia i tak w Polsce rozlicza się tłumaczenia. Łączną liczbę znaków dzieli się przez określony przelicznik (najczęściej 1800) i w ten sposób uzyskuje się liczbę stron. Podany przedział cenowy też jest wzięty z sufitu. Są osoby gotowe tłumaczyć za 10 zł za stronę (choć ich tłumaczenia nadają się wyłącznie do czytania dla rozrywki), natomiast renomowany tłumacz od 40 zł dopiero zaczyna negocjacje. ![]() Ta zredagowana kulawą polszczyzną mieszanina bredni, przekłamań, humoru zeszytów i oczywistości nie byłaby warta uwagi, bo w Internecie, w którym może publikować każdy niedołęga umysłowy, podobne kwiatki nie są niczym niezwykłym, gdyby nie informacja znajdująca się pod artykułem, że tekst pochodzi z książki pt. „Zawód z pasją”. Ignorantami (słowo „autor” byłoby niewłaściwe) są Paweł Hebda i Jerzy Madejski, a cudeńko opublikowało wydawnictwo Park, które na swojej stronie internetowej wystawia sobie laurkę: „Każdej publikacji towarzyszy troska o merytoryczny i edytorski poziom. Za główny cel postawiliśmy sobie stałe utrzymywanie wysokiego poziomu naszych publikacji, przekazywanie rzetelnej wiedzy (...)” Merytoryczny poziom, wysoki poziom, rzetelna wiedza. A jakże.
(marzec 2009)
|
Literatura a życieW roku 2001 brałem udział w warsztatach przekładu literackiego ze szwedzkiego na polski organizowanych przez uczelnię Södertörns Högskola pod Sztokholmem. W sześcioosobowej grupie pracowaliśmy pod okiem Zbigniewa Kruszyńskiego (autora „Schwedenkräuter” i „Powrotu Aleksandra”). Każdy tłumaczył inną książkę, czytaliśmy nawzajem swoje przekłady i je analizowaliśmy. Jednym z zadań - wspólnym dla wszystkich - było też przełożenie „Futra” z „Opowiastek” Hjalmara Söderberga. To zadanie pokazało nam, że nie ma teoretycznej idealnej wersji przekładu. Sześć osób stworzyło sześć wersji tłumaczenia i wszystkie były dobre lub bardzo dobre, choć w każdej można było coś poprawić. ![]() Jednym z kluczowych wydarzeń w tym opowiadaniu jest wypadek, do jakiego dochodzi na skrzyżowaniu sztokholmskich ulic Regeringsgatan i Hamngatan. Główny bohater doktor Henck, pośliznąwszy się na śniegu, przewraca się i najeżdżają na niego sanie. Z wypadku wychodzi cało, ale ma zniszczony płaszcz, co będzie miało dalsze, nieoczekiwane konsekwencje. Na tym zdarzeniu skupiło się nasze zainteresowanie, bo w dalszej części opowiadania jest mowa o „przedpołudniowym wypadku”, tymczasem jeden z uczestników przerobił to w swoim tłumaczeniu na „popołudniowy wypadek”. Oczywiście pozostała piątka z lekką Schadenfreude od razu wskazała na oczywisty, kłujący w oczy i szkolny błąd. Nieudolny - w mniemaniu tej piątki - tłumacz nie przejął się demonstrowanym mu oryginałem, tylko zacytował początek opowiadania, z którego jasno wynika, że doktor Henck szedł w stronę feralnego skrzyżowania „około trzeciej po południu, w zapadającym akurat zmierzchu”. Söderberg się pomylił, opisując później wypadek jako „przedpołudniowy”. Po dyskusji doszliśmy jednak do wniosku, że klasyka nie można poprawiać. Nie wyłapał błędu szwedzki redaktor, trudno, musi zostać na wieki. To też ma swój urok.
Następnego dnia po zajęciach musiałem wybrać się do Instytutu Szwedzkiego, który finansował nam pobyt, żeby załatwić jakieś formalności. Instytut mieścił się wówczas na Hamngatan. Zrobiłem zakupy w centrum, po czym skierowałem się w stronę Instytutu. Tak mi się przynajmniej wydawało. W Sztokholmie orientuję się średnio, znam poszczególne miejsca, ale nie zawsze umiem trafić z jednego do drugiego. Tym razem nie trafiłem. Nie przejąłem się tym, tylko spokojnie krążyłem sobie po centrum, będąc pewnym, że prędzej czy później dojdę do punktu, z którego będę umiał dotrzeć pod właściwy adres. Jak na złość ciągle trafiałem w nieznane sobie rejony. Kiedy już chciałem się poddać i zapytać kogoś o drogę, dostrzegłem tabliczkę z napisem „Regeringsgatan”. I przypomniałem sobie „Futro”: to na skrzyżowaniu tej ulicy z Hamngatan doktor Henck miał wypadek. Wystarczy nią pójść, a któraś z przecznic będzie szukaną przeze mnie Hamngatan. I była, bo Söderberg Sztokholm opisywał bardzo wiernie.
I jak tu twierdzić, że literatura nie przydaje się w codziennym życiu? (styczeń 2009)
|
Dziesiąta woda po kisielu„Dziś nie wypada już tłumaczyć pośrednio nawet z chińskiego i z hausa. Po prostu wstyd.” Autor tych słów, geniusz przekładu, Robert Stiller przez „dziś” rozumiał lata siedemdziesiąte, bo cytat pochodzi z „Literatury na Świecie” z 1974 r. z artykułu „Jak nie redagować dzieł pisarzy skandynawskich”. Krytyka dotyczyła faktu, że dzieła owe nie są przekładane z oryginału, tylko za pośrednictwem innych języków.
Dziś, Anno Domini 2008, taka praktyka to już nie wstyd, tylko zwykła hucpa i lekceważenie czytelnika. Hucpy dopuściło się porządne skądinąd wydawnictwo Znak, publikując ostatnio dwie powieści kryminalne norweskiej pisarki Karin Fossum, „Nie oglądaj się” i „Kto się boi dzikiej bestii”, w przekładzie nie z norweskiego, tylko z angielskiego. ![]() Jestem w stanie zrozumieć, że redaktorzy Znaku zapoznali się z twórczością Fossum w języku angielskim, znajomość norweskiego nie jest nawet wśród osób wykształconych powszechna, natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego zadecydowano, że przekład nie będzie z norweskiego.
Przecież nie mówimy o hausa, tylko o języku europejskim, wykładanym w Polsce na dwóch uniwersytetach, którego literatura regularnie się w Polsce ukazuje, i to - jak należy - w przekładzie z oryginału. Co stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do Książnicy i poprosić o kontakt do pani Marii Gołębiewskiej-Bijak, która wcześniej przekładała Fossum na polski?
Przyznam, że jestem ciekaw, jak tłumaczenie z angielskiego ma się do ustaleń zarówno z wydawnictwem norweskim, jak i NORLĄ - instytucją wspierającą przekłady literatury norweskiej - która dofinansowała wydanie Fossum. Mam poważne wątpliwości, czy strona norweska rzeczywiście zgodziła się opłacić niebezpośredni przekład. Swego czasu ukazała się u nas biografia Andersena przełożona nie z duńskiego, tylko z angielskiego. Wywołało to oburzenie Duńskiego Instytutu Kultury, który zadeklarował, że bardzo chętnie pomoże wydawcom - jeśli mają z tym trudności - w nawiązaniu kontaktu z polskimi tłumaczami języka duńskiego. Podobnie trudno sobie wyobrazić, żeby nasz Instytut Książki zechciał udzielić dotacji na przekład rodzimego autora nie bezpośrednio z polskiego, tylko z niemieckiego albo rosyjskiego. Przejrzałem umowy na zakup praw autorskich, jakie zawierałem w charakterze wydawcy ze Szwedami: w jednych jest klauzula, że przekład ma być ze szwedzkiego, w innych jej zabrakło. Zapewne z tego samego powodu, dla którego w umowie nie znalazło się zastrzeżenie, że książka ma być wydrukowana na papierze, a nie na szmatach. Rzeczy oczywistych do umowy się nie wpisuje. Oczywistych dla Skandynawów, którym się wydaje, że jak formalnie jesteśmy w Europie, to mentalnie też. ![]() Dziwi również postawa tłumaczy tych książek, Ewy Bolińskiej i Rafała Śmietany, że przyjęli takie zlecenie. Leonard Neuger, wybitny tłumacz literatury szwedzkiej, emigrant polityczny okresu stanu wojennego, wyjaśniając, dlaczego skupił się na poezji, powiedział, że nie chciał zabierać chleba tłumaczom w Polsce (wiadomo, że zarobkowe tłumaczenie poezji prowadzi prostą drogą do śmierci głodowej, jak ktoś chce się wyżywić z tłumaczeń, musi przekładać prozę). Bolińskiej i Śmietanie obce są tego rodzaju obiekcje, zabierają pracę tłumaczom norweskiego, kiedy jako angliści mają spory kawałek tortu, którym mogą się pożywić. Według danych Biblioteki Narodowej 75% przekładów beletrystyki na naszym rynku to tłumaczenia z angielskiego (dane wprawdzie za 2003 rok, ale jeśli udział przekładów z innych języków zwiększył się od tego czasu, to na pewno nie na tyle, by zachwiać tą całkowitą dominacją angielszczyzny). Oczywiście pozostałe 25% to przekłady ze wszystkich innych języków, a nie tylko skandynawskich. Tytułów z literatury skandynawskiej ukazuje się niewiele i jej tłumacze pozostają długie okresy bezrobotni. Wchodzenie im w tej sytuacji w paradę jest nieetyczne. Nie mamy tu do czynienia z konkurencją, bo o zlecenie na przekład norweskiej powieści może rywalizować dwóch tłumaczy norweskiego, kiedy pakuje się do tego anglista, to tak jakby laryngolog podbierał pacjentów chirurgowi, uważając albo wmawiając im, że równie skutecznie ich wyleczy.
Powiedzmy jednak, że postawa etyczna tłumacza jest czytelnikowi obojętna. Czytelnika nie interesuje, kto tłumaczył, tylko jak przetłumaczył. Tłumacz to nie ksiądz, prywatnie może być łajzą, a zawodowo profesjonalistą w każdym calu. Tyle że podjęcie się przekładu, o którym z góry wiadomo, że nie będzie dobry, świadczy jak najgorzej o profesjonalizmie tłumacza. Bo wiedza o tym, ile ginie w przekładzie dokonanym z drugiej ręki, to elementarz translatoryki. (listopad 2008)
|
Tłumacz literatury szwedzkiej, filolog...Przeglądając program tegorocznych Nordalii - śląskiego festiwalu poświęconego kulturze skandynawskiej - natknąłem się punkt programu: „Spotkanie z Mają, Hindusem, Lineą - ulubionymi postaciami z literatury szwedzkiej; spotkanie z Elżbietą Towarnicką (Wrocław)”. Zastanowiło mnie, dlaczego organizatorzy nie poprosili o zaprezentowanie tego tematu jakiegoś wydawcy czy tłumacza literatury dziecięcej, literaturoznawcy albo innego specjalisty, tylko właśnie Towarnicką, prezeskę Towarzystwa Polsko-Szwedzkiego we Wrocławiu. Czy może chodziło o ulubione postacie prezeski a nie generalnie ulubione? Tylko dlaczego dzieci miałoby obchodzić, jakie postaci lubi prezeska?
Poszukałem i znalazłem wyjaśnienie. ![]() Okazało się, że dzieciom o Astrid Lindgren opowiedziała Elżbieta Towarnicka, „która jest tłumaczem literatury szwedzkiej”. Od czasu studiów śledzę na bieżąco literaturę szwedzką wydawaną w Polsce, ale nigdy nie natrafiłem na ani jedną książkę przetłumaczoną przez Towarnicką. Pomyślałem, że mi umknęło, bo śledzę głównie literaturę dla dorosłych, a sytuacja wskazywałaby, że Towarnicka przetłumaczyła coś dla dzieci, zapewne jedną z tych książek, które na zdjęciu ma obok na siebie na stoliku.
Zajrzałem więc do katalogu Biblioteki Narodowej i przekonałem się, iż rzeczywiście moja wiedza na temat tego, co przełożono w Polsce ze szwedzkiego, jest niepełna. Towarnicka okazała się autorką dwóch przekładów książkowych - dorobek wprawdzie nieduży, ale w pełni uprawniający do nazywania się tłumaczem literatury szwedzkiej - co więcej, przekładów opublikowanych w latach 90. - szacunek! - kiedy to po złożeniu wydawcy propozycji opublikowania czegoś nienapisanego uprzednio po angielsku, trzeba było zmykać przed zatrzaskiwanymi drzwiami. Pozycje też nieduże, obszerniejsza zaledwie 96 stron, ale „Stary człowiek i morze” ma trzydzieści mniej, a na Nobla starczyło. Może książki przetłumaczone przez Towarnicką też kiedyś dostaną. To „Produkcja mleka wysokiej jakości higienicznej” i „Bezpieczeństwo i higiena pracy podczas doju mechanicznego”, opublikowane przez renomowane wydawnictwo firmę mleczarską Alfa Laval. Proszę, jakie to bogactwa kryje w sobie literatura szwedzka!
Ponieważ jednak Towarnicka nie opowiadała dzieciom o Mamie Mu, zwariowanej krowie z książek małżeństwa Wieslanderów, zagadka jej kwalifikacji pozostała niewyjaśniona. Szukając dalej rozwiązania, sięgnąłem do biogramów uczestników Nordalii. ![]() Gdybym wiedział, że Towarnicka ukończyła filologię skandynawską na UAM-ie (trochę dziwne sformułowanie, osobiście mówię, że ukończyłem filologię szwedzką, żeby było wiadomo, że nie norweską, duńską czy fińską), w ogóle nie zabierałbym się za pisanie tej notki. Dotąd opierałem się na oszczerczych plotkach, że wykształcenie Towarnickiej to odbyte kursy językowe w Towarzystwie Polsko-Szwedzkim. Nie mam jednak żadnych przesłanek, żeby podejrzewać ją o okłamywanie organizatorów Nordalii co do swojego wykształcenia. Tak więc tylko dla porządku: można zobaczyć dyplom, pani magister? (październik 2008)
|