|
Zalał wrzątkiem czarny proszek i z lubością wciągnął zapach kawy, takiej jak lubił, mocnej, po turecku, a nie lury z ekspresu. Zabrał kubek i lawirując między stertami maszynopisów, dotarł do biurka. Rozsiadł się, wyjął „Wyborczą” z teczki i sięgnął po papierosy. Poranny rytuał przed pracą: kawka, dymek i gazetka. No właściwie już w pracy, ale dopóki naczelny nie widział, że czyta gazetę zamiast nadesłanych propozycji, miał to gdzieś. Z nienawiścią spojrzał na paczki zalegające na podłodze i piętrzące się pod ścianami. Przesłoniłyby okna, gdyby nie była to suterena. Tak pewnie wyglądało piekło księgarzy.
I pomyśleć, że kiedyś marzył o pracy w wydawnictwie. Nie ma nic gorszego od spełnionych marzeń. Wydawało mu się, że będzie wyszukiwał talenty, dawał szansę nieznanym adeptom pisarstwa, pozwalał im postawić pierwszy krok na wyboistej ścieżce literackiej kariery. Pierwszy niepewny krok w drodze na Parnas, po Nike, kto wie, może nawet Nobla. Nic z tego. Spod ton papieru zaczernionego przez grafomanów wydobywał lepiej lub gorzej sklecone historie i nie oceniał, czy autor jest drugim Hemingwayem, tylko jaką rokują nadzieję na sprzedaż. Jeśli nie rokowały znaczącej, argumenty, że warto związać się z dobrze zapowiadającym się autorem, nawet tracąc na jego pierwszych powieściach, naczelny odrzucał, twierdząc, że wydawnictwa nie stać na działalność dobroczynną. Kunicki nazwałby ją działalnością kulturalną, no ale nie on decydował, jakie książki publikuje wydawnictwo Pergamin.
Westchnął, zaciągnął się papierosem i rozłożył gazetę. Przeczytał pierwszą stronę, potem wiadomości krajowe, zagraniczne przeskoczył, najbardziej interesujący go dział kulturalny zawierał tylko jedną recenzję, na dodatek powieści szefa tego działu, więc ją pominął i przeszedł do felietonów, kiedy coś huknęło o jego biurko.
- Pięknie! W pracy „Wyborczą” się czyta. A może poczytałby pan „Rzeczpospolitą”?
Kunicki zamrugał oczami. Mimo przestrachu, że naczelny go przyłapał, dostrzegł, że pretensja dotyczy nie samego czytania gazety, tylko czytania niewłaściwego tytułu. Nie wiedział, dlaczego byłby usprawiedliwiony, gdyby wybrał „Rzeczpospolitą”. Popatrzył na ostatnią stronę gazety, która, zalana kawą, znalazła się przed nim na blacie. To nią naczelny walnął o biurko.
Oblał go zimny pot. Już wiedział, o co Bryszowi chodzi, dlaczego w tej chwili interesowała go prasa. Przypomniał sobie swoją recenzję wewnętrzną sprzed kilkunastu miesięcy. I domyślił się, że gdyby nawet zawiodła go pamięć, naczelny zadbałby o jej odświeżenie.
- Widzi pan? - zapytał Brysz z udawanym spokojem.
- Widzę.
- Aha. A co pan widzi?
- Ranking.
- Ranking?
- Ranking bestsellerów.
- Tak. Ranking bestsellerów. I kto zajmuje pierwsze miejsce?
- Kalicińska.
- Tak. Kalicińska. „Dom nad rozlewiskiem”. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Słyszał pan o tej powieści?
Pytanie było z gatunku ironiczno-retorycznych, więc Kunicki nie odpowiedział.
- Nie tylko pan o niej słyszał, ale i pisał. - Brysz pomachał trzymaną w lewej ręce kartką; domysły, że przypomni recenzję, okazały się trafne. - Mam panu zacytować co?
- Nie trzeba.
Pytanie jednak znowu było retoryczne.
- „Rekomendacja do wydania negatywna, wedle wszelkich danych powieść nie ma szans na osiągnięcie znaczącej sprzedaży...”
Brysz zawiesił głos, Kunicki widział, jak powstrzymywany gniew uwidacznia się na jego twarzy intensywnie czerwonym kolorem. Przez chwilę miał nadzieję, że to zapowiedź zawału, ale niestety naczelny nie padł trupem, tylko wybuchnął:
- Co pan, kurwa, uważa za znaczącą sprzedaż?! Milion egzemplarzy?! Gdzie my jesteśmy, w Polsce czy w jakiejś pieprzonej Ameryce?!
Kunicki odruchowo się skulił.
- Nikt się nie mógł spodziewać, sześć innych wydawnictw też odrzuciło...
- Ale jedno przyjęło!
Przyjęło, przyjęło. Pewnie wzięli z litości albo mieli całkowitą posuchę, mógł się założyć, że jak zobaczyli wyniki sprzedaży, to na kolanach ruszyli do Częstochowy.
Brysz przysunął się tak blisko, że wyraźnie czuć było jego przesiąknięty cebulą oddech.
- Ja mam pana dość, panie Kunicki - wysyczał. - Pan jesteś dyletant. Pan masz takie pojęcie o rynku książki jak polscy piłkarze o strzelaniu goli. Ja pana wyleję, jak Boga kocham, wyleję. Ale - Brysz przykrył grzbiet jednej dłoni drugą i położył je sobie na piersi, niestety, i tym razem nie był to sygnał zawału, tylko ilustracja dalszych słów naczelnego - ale ja mam dobre serce i dam panu jeszcze jedną szansę. Ostatnią. Ostatniutką.
Zatoczył ręką koło, pokazując, że będzie mówił o zalegających wszędzie maszynopisach.
- Tu gdzieś jest bestseller. Nie ma siły, żeby nie było. I pan masz go znaleźć. A jak nie, to fora ze dwora. Nie stawiam panu wysoko poprzeczki. Taki na dwadzieścia pięć tysięcy nakładu. Jedna dziesiąta tego coś pan przesrał z Kalicińską. Rozumiemy się? I przestań pan kopcić, bo puścisz pan z dymem swoją ostatnią szansę na zostanie w tej robocie.
Wyszedł, trzaskając drzwiami, a Kunicki rzucił za nim w te drzwi kubkiem po kawie. Dwadzieścia pięć tysięcy! Toż mu znalazł! Pilipiuka. Proszę, dokładnie tyle sprzedanych egzemplarzy „Rzeźnika drzew” według tej samej listy rankingowej, której przewodzi Kalicińska. Piętnaste miejsce. Tyle że ten kretyn Pilipiuka nie chciał.
- Fantastyka? To ci od smoków, elfów i krasnoludków?
- Po części, ale Pilipiuk...
- Krasnoludków nie ma, powinien pan to wiedzieć, odkąd skończył pan pięć lat. A bajek dla dzieci nie wydajemy.
A potem pisał do Pilipiuka i żebrał, żeby u nich wydał. Pisarz okazał się jednak lojalny wobec tych, którzy dostrzegli w nim potencjał. Kunickiemu trochę się poprawił humor na wspomnienie odpowiedzi autora: „Szanowni Państwo! Zainwestować to Państwo we mnie nie chcieli, ale teraz, kiedy sprzedaję się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, chętnie przyjdą na gotowe? Teraz to ja mam takie miejsce, w które wydawnictwo Pergamin może mnie pocałować. Wymienić? Z poważaniem. A. Pilipiuk.”
Naczelny od tego czasu podwójnie nienawidził Pilipiuka. Każda jego książka nie dość, że przypominała doznany afront, to jeszcze podkreślała, jak fatalną decyzję podjął. Bo każda okazywała się bestsellerem. Kunicki wszystkie kupował i przynosił ze sobą do pracy. Nie ostentacyjnie, ot, kawałek wystawał z torby, akurat tyle, żeby można było przeczytać część nazwiska i dostrzec po tytule, że nowość. Brysz czerwieniał, poluzowywał krawat na swej grubej szyi, ale nic nie mówił, jakikolwiek komentarz byłby przyznaniem się przed podwładnym do porażki.
I ten palant, który wypuścił gościa produkującego dwa albo trzy bestsellery rocznie, choć każde wydawnictwo z pocałowaniem ręki weźmie autora piszącego bestseller co dwa albo trzy lata, wypominał mu, że nie poznał się na Kalicińskiej. Nie poznał się, bo wychował się na literaturze wysokich lotów, a nie na powieściach dla gospodyń domowych. Skąd mógł wiedzieć, że w Polsce tyle ich zostało, przecież jest równouprawnienie i feminizm?
Zrozpaczonym wzrokiem powiódł po suterenie. W tej stercie makulatury miał znajdować się bestseller? Szczerze wątpił. Niby co? Ten kryminał, który wczoraj czytał? Z akcją w przedwojennym Wrocławiu. Dlaczego w przedwojennym, to już nie może być we współczesnym? Teraz książki historyczne się nie sprzedają. Kryminały zresztą też nie. W każdym razie polskie. Jakby autor napisał coś w stylu Joe Aleksa, to jeszcze, czytelnicy lubią rzeczy, które znają, ale ten zamiast trzymać się sprawdzonych wzorców, sili się na oryginalność. Na dodatek Niemiec głównym bohaterem. No owszem, od wojny parę lat minęło, młodsze pokolenie nie jest już takie na Szwabów cięte, ale starsi pamiętają, a to głównie oni kupują książki, młodzi nie mają pieniędzy. Nie, jak gość sprzeda pięćset egzemplarzy, to będzie mógł otwierać szampana.
Albo ta powieść o studentce, która przyjeżdża na wakacje do rodzinnej wsi na Mazurach i tam związuje się z czterdziestolatkiem. I to bardziej ona go podrywa niż on ją! Marzenie każdego faceta, a ludzie lubią czytać o swoich marzeniach. Co z tego, kiedy mężczyźni w średnim wieku nie kupują beletrystyki. Z żalem odłożył tekst na kupkę odrzuconych, bo sam się widział w roli Tomasza, choć niechętnie musiał przyznać, że powieściowy bohater nie miał jego łysiny i brzucha.
Może ratunek przyszedł z dzisiejszą pocztą? Opatrzność czasami czuwa nad maluczkimi. Szef mówi „daj mi pan bestseller”, a dobry Bóg mu go podrzuca. Popatrzył na trzy wypchane koperty, które sekretarka położyła mu na biurku, zaniósł modły i sięgnął po leżącą na wierzchu.
Rozdarł ją, wyciągnął na oko tysiącstronicowy maszynopis - na oko, bo strony nie były ponumerowane - i zaczął czytać pismo przewodnie.
„Szanowni państwo wysłam wam mój tekst powieści to jest nowatorski horror eksperymentalny który ma dość dużo wyrazów krócej mi się nie dało jestem obszernym pisażem i chciałem pisać krócej ale mi nie wychodzi ale nie szkodzi bo wyszło arcydzieło co mówią moi znajomi a oni się znają bo już wydawali ksiązki ja też w wydawnictwie My Book wydałem dziesięć jestem doświadczonym pisażem ale teraz chcę żeby mi zapłacić także w załączeniu podaję numer konta na które trzeba wpłacic sto tysięcy bo wiem że tyle zarobił Sapkowski a moja książka jest grubsza chociaż jeszcze nie gotowa ale wysyłam gorącą bo już piszę następną i nie mam czasu poprawiac ale jak wydrukujecie bez placenia i podpiszecie niemoim nazwiskiem którego narazie nie podaję to zgłoszę na policję jest prawo autorskie za co grozi więzienie...”
Kunicki płynnym ruchem posłał pismo przewodnie wraz z maszynopisem do kosza. Jedenasta plaga egipska w postaci grafomanów przybierała na sile. Sprawdzała się teoria bodajże Kundery, że ich liczba rośnie wraz z bogaceniem się społeczeństwa. Do tego dochodziła działalność takich firemek jak My Book, które nazywając się wydawnictwami, drukowały za pieniądze autora kilka egzemplarzy, co umacniało grafomanów w przekonaniu, że są „pisażami” i tylko dodawało im skrzydeł, choć ich książek nie uświadczyło się w żadnej księgarni.
Druga z przesyłek zawierała fragmenty przekładu powieści o nastoletnim czarodzieju. Tłumaczka, chcąc nakłonić wydawnictwo do publikacji, podawała imponujący nakład sprzedaży w kraju autorki.
- Wam się wydaje, że kilkaset tysięcy za granicą to jest przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy w Polsce, tymczasem jak się sprzeda kilka, to będzie można odtrąbić sukces - skomentował na głos Kunicki.
Przeczytał nadesłane fragmenty, były sprawnie przetłumaczone, ciekawe, ale... wtórne. Mogły stanowić rewelację, ale nie w kraju, który miał Korczaka. Recenzenci napiszą, że popłuczyny po „Kajtusiu czarodzieju” i tytuł padnie. Chyba że książka błyskawicznie się sprzeda, zanim krytycy wezmą ją na warsztat, wtedy nie odważą się napisać o niej złego słowa. Czytał kiedyś pochwalną recenzję dennego kryminału, w którym szwedzki komisarz prowadził śledztwo na Łotwie czy Litwie na początku lat 90. O pokomunistycznej rzeczywistości skandynawski pisarz miał średnie pojęcie, jego bohater na przykład na obszarze byłego ZSRR swobodnie porozumiewał się ze wszystkimi po angielsku, ale tego typu nonsensy krytyka bynajmniej nie raziły. Miał zakonotowane, że kryminały z tej serii - w pełni zasłużenie - robią furorę w Polsce i na świecie i nie umiał pisać o nich inaczej niż na klęczkach. To, że ma do czynienia z chronologicznie pierwszą czy drugą pozycją (która w Polsce ukazała się już po tych najlepszych), wyraźnie słabszą od pozostałych, nie docierało do jego zaczadzonego liczbami sprzedaży mózgu.
Oczekiwanie, że krytycy wykażą się brakiem czujności, było jednak bardzo ryzykowne. Krążyli jak sępy, wypatrując, co by tu rozszarpać, jaką powieść zjechać, jakiego autora zmiażdżyć. Jakby chcieli wyładować frustrację, że w ramach patronatu czy kontraktów reklamowych muszą pisać pochwalne recenzje gniotów. A że Brysz skąpił na reklamę, książki Pergaminu były łatwym celem; recenzent nie musiał się obawiać, że usłyszy: „Na głowę upadłeś? Wydawnictwo zostawia u nas jedną trzecią swojego budżetu reklamowego, a ty chcesz mieszać ich książki z błotem? A jak się wkurzą i przeniosą reklamy do konkurencji, to z czego zapłacimy ci pensję? Niezależnością i etyką się nie najesz ani nie nakarmisz nią dzieci. Zresztą nikt ci nie każe pisać nieprawdy, wystarczy, że te wady stonujesz, a bardziej uwypuklisz zalety.”
Po trzecią przesyłkę nie sięgnął, Bóg wyraźnie nie zamierzał mu pomóc. Bóg. Może wrócić do tego tekstu o wyborze papieża? No ale to nie było o Janie Pawle II, o nim sprzedałaby się każda książka. Inni papieże Polaków nie interesowali. Nie, słusznie odrzucił tę powieść. Zwłaszcza że autor się wygłupiał i kardynałom w Kaplicy Sykstyńskiej dorzucił takie atrakcje, jak szczury, skorpiony i nietoperze. Jakby ścieranie się politycznych interesów i osobistych aspiracji przy wyborze głowy Kościoła nie było wystarczająco ciekawe.
Wstał, żeby rozprostować nogi i podszedł do okienka. Buty przechodniów rozchlapywały topniejącą śniegową breję. Eleganckie damskie botki, męskie kozaki, czasami jakiś młodzian przemknął w adidasach. Może sam napisałby powieść? O sprzedawcy butów, życiowym nieudaczniku, mającym za żonę jędzę, która sprzątać, gotować ani iść do pracy nie ma zamiaru, za to chętnie wydaje jego pieniądze, wypominając mu przy tym, że za mało ich przynosi. Gdyby dołożył do tego dwójkę niewydarzonych dzieci, wyszłaby mu taka na poły biograficzna. Dałby to naczelnemu pod pseudonimem.
Westchnął, wiedział, że nic nie napisze, próbował już kilkanaście razy. Miał pomysł, w głowie gotowy plan powieści, siadał do pisania i... blokada. Na kartkę nie chciało spłynąć ani jedno zdanie. Na swój sposób podziwiał tych grafomanów potrafiących zapełnić tysiąc stron kłębiącymi im się pod czaszką nieskładnymi myślami.
Mimo ostrzeżeń naczelnego zapalił kolejnego papierosa i zaczął wertować maszynopisy ułożone pod samym oknem. Znajdowały się wśród nich również rękopisy, co świadczyło o tym, że tego stosu jeszcze nigdy nie przeglądał, bo natychmiast wyrzuciłby je do kosza. Spojrzał na daty pism przewodnich. Sprzed trzech lat. Nic straconego, znał tempo konkurencji (i własne) i wiedział, że autor nawet dobrej książki mógł się przez ten czas nie doczekać publikacji.
Wyciągnął tekst, którego pierwsze zdania wskazywały na wyrobione pióro autora. Takich wśród debiutantów było jak na lekarstwo, nawet jeśli mieli ciekawą historię do opowiedzenia, strona językowa pozostawiała zwykle wiele do życzenia. Niektórzy nawet nie starali się o nią zadbać, wyraźnie wychodząc z założenia, że oni są od wymyślania fabuł, a nad językiem niech biedzi się redaktor. Zawód pisarza mylił im się z zawodem architekta, który miał tylko zaprojektować budynek, za jego wzniesienie odpowiadał kto inny. Tymczasem pisarz musiał być architektem i budowlańcem w jednym.
„Nazywam się... / I tak nie wymówicie. Zjadłem zresztą swój paszport, smakował urzędowo.” Przeczytał całość z wypiekami na twarzy, opowieść o losach emigranta w Szwecji - choć nazwa kraju ani razu nie padała, wskazywał na nią tytuł i niektóre realia - była językowym majstersztykiem, genialnym zapisem doświadczeń ludzi zmuszonych do wyjazdu z kraju po wypowiedzeniu przez Jaruzelskiego wojny własnemu narodowi.
Tylko do kogo ona przemówi? Na pewno nie do tej tłuszczy zachwycającej się filozofią dla gimnazjalistów w postaci powieści o dążeniu do „Własnej Legendy”. Nie, mimo że spokojnie mogłaby kandydować do Nike, to nie była książka na bestseller. Nominacja pociągnęłaby sprzedaż, ale nie za bardzo mogli na nią liczyć. W branży Nike już dawno zyskała przydomek Nagrody Pięciu, bo na podstawie corocznych nominacji można było wysnuć wniosek, że dobre książki - z niewielkimi wyjątkami - publikuje w Polsce tylko pięć wydawnictw.
Po tygodniu rozpaczliwego szperania w maszynopisach znajdował się na skraju załamania nerwowego, na każde pukanie do drzwi reagował skokiem ciśnienia, zupełnie niepotrzebnie, bo bał się naczelnego, a ten w takie uprzejmości, jak uprzedzanie o swoim wejściu, nie miał zwyczaju się bawić.
Skąd miał Bryszowi wytrzasnąć bestseller? Nie dostrzegł go w żadnym z przeczytanych tekstów. Ale Kalicińskiej też nie dostrzegł. Może źle się do tego zabierał? Zachowywał się jak gracz giełdowy, który porównywał wyniki spółek i studiował wykresy odzwierciedlające zmiany kursów akcji, tymczasem badania dowiodły, że równie dochodowy portfel inwestycyjny zbuduje małpa, niemająca bladego pojęcia o bilansach i analizie technicznej. Może powinien wpuścić tu szympansa i niech zwierzak dokona wyboru? Wcale nie było to głupie rozwiązanie, jeśli wziąć pod uwagę, że czytelnicy byli nieprzewidywalni i nikt tak naprawdę nie umiał ocenić, jaka książka stanie się bestsellerem. Przecież nie on jeden pomylił się co do Kalicińskiej, i tak szczerze powiedziawszy, działy handlowe wydawnictw częściej przegapiały bestseller, niż go wyłapywały. Niedawno przeczytał pierwszy kryminał z serii o rzymskim detektywie, ze wstępu dowiedział się, że odrzuciło go sporo oficyn, słusznie, bo starożytny Rzym był fasadowy, detektyw irytujący, a intryga kryminalna tak się rozłaziła w szwach, że autorce należałoby dać jakiś medal za umiejętność wyprania z wszelkiego napięcia wątku, który z definicji jest wciągający. Tymczasem czytelnicy to kupili. Rozsądni redaktorzy posłali książkę do kosza, a niewykluczone, że małpa wskazałaby ją jako nadającą się do druku.
Wynikająca z tego konkluzja, że w pracy mógłby go zastąpić przyuczony szympans i nikt nie zauważyłby różnicy albo różnica wypadłaby na jego niekorzyść, bynajmniej nie poprawiła mu humoru. Pan Pierdołka spadł ze stołka,
złamał nogę o podłogę,
przyszła żmija, dała w ryja,
przyszedł lew, wypił krew,
pan Pierdołka zdechł! Wycelowany palec wskazywał na stertę koło drzwi. Kunicki powtórzył wyliczankę, ograniczając się do tej sterty, wyciągnął maszynopis, na który padło, i nawet go nie oglądając, tylko modląc się w duchu, żeby to było coś drukowalnego, a nie grafomański płód, poszedł od razu do naczelnego.
Ten spojrzał na maszynopis takim wzrokiem, jakby Kunicki położył mu na biurku szczurze truchło.
- Co to jest?
- Materiał na bestseller. Kalicińska się nie umywa. Dwadzieścia pięć tysięcy będzie w pierwszym rzucie.
- O czym to?
- Trudno tak streścić w dwóch słowach, proszę samemu przeczytać.
Brysz sięgnął po leżącą na wierzchu kartkę i przebiegł ją wzrokiem.
„Są na korytarzu.
Czarni sanitariusze w białych uniformach, którzy wstali przede mną, żeby odwalić sztosa i uprzątnąć ślady, zanim ich przyłapię.
Szorują posadzkę, kiedy wychodzę z sypialni, wszyscy trzej ponurzy i do wszystkiego ziejący nienawiścią: do wczesnej pory, szpitala i pacjentów, którymi muszą się zajmować. Wolę się im nie pokazywać, kiedy żre ich tak silna nienawiść jak teraz. Jestem w tenisówkach, więc cicho niby mysz skradam się pod ścianą...”
Kunicki widząc, że naczelnego pochłonęła lektura, wycofał się na palcach, dziękując opatrzności, że wetknęła mu w ręce tekst przynajmniej zdatny do czytania. Kto wie, może rzeczywiście coś z tego będzie, może patent z małpą sprawdzał się nie tylko w transakcjach giełdowych.
Kiedy jednak kilka godzin później ryk naczelnego rozdarł powietrze, zrozumiał, że przepadł z kretesem.
- Kunicki, kurwa! Kunicki!
Brysz wpadł jak burza do jego pokoju, wymachując trzymanym w ręku maszynopisem. Kunicki zbladł.
- Kunicki, kurwa, ja pana kocham, normalnie pana kocham, niechże pana ucałuję!
Na te słowa Kunicki zbladł jeszcze bardziej, na szczęście zapowiedź pocałunku była jedynie figurą retoryczną.
- To jest genialne! Absolutnie genialne. Pan to redagował?
- Nnnie...
- Myślałem, bo tu nic nie trzeba poprawiać, można od ręki dawać do druku, sprawdziłem autora w Google'u, nic jeszcze nie wydał, czyli geniusz, wie pan, jak Mozart, który pisał gotowe nuty bez jednej poprawki, a tworzył arcydzieło, tak, to jest świetne hasło reklamowe, Mozart polskiej literatury, drukujemy, panie Kunicki, tak jak pan powiedział, nakład podstawowy dwadzieścia pięć tysięcy, kurwa, to będzie taki bestseller, że drugi dom sobie kupię, co tam dom, jak to sfilmują, nie te nasze patałachy, im praw nie sprzedam, tylko Amerykańcom, jak główną rolę zagra Nicholson, a Forman wyreżyseruje, to wyspę sobie kupię, zawsze chciałem dorobić się własnej wyspy, co pan tak patrzy, panie Kunicki, przecież o panu nie zapomnę, skąpy nie jestem, premię dam, mogę nawet od ręki wypłacić, sto złotych pana urządza? co tam sto, dwieście dam, znaj pan moją szczodrość, zaraz pójdę do bankomatu, a pan bierz się za szykowanie książki do wydania, tak tak, awansuję pana, zabieram z tej nory, dostajesz pan awans na redaktora prowadzącego! *** Pielęgniarz pochylił się zaniepokojony nad pacjentem, mimo południa wciąż leżącym w łóżku i niedającym oznak życia. Nagle poczuł, jak igła strzykawki wbija mu się w udo. Krzyknął z bólu i wściekłości, że dał się podejść. Próbował sięgnąć dzwonka, chcąc wezwać pomoc, ale dawka środka nasennego musiała być potężna - oczy w sekundę zaszły mu mgłą i osunął się na ziemię.
Pacjent zbliżył się do drzwi i wyjrzał przez okienko, sprawdzając, czy krzyk pielęgniarza nie zaalarmował przypadkiem kogoś z personelu. Na korytarzu było jednak pusto. Obszukał nieprzytomnego i zabrał mu pęk kluczy. Potem opuścił pokój i przemykając korytarzami, dotarł do sali numer 211. Tutaj trzymali tego łobuza, który zakpił sobie z niego, oszukał, puścił z torbami.
Przez okienko nikogo nie zobaczył, ale biorąc pod uwagę martwe pole, zapukał, chcąc wywabić ewentualnie ukrywającego się lokatora. Kiedy nikt nie otworzył, ostrożnie wypróbował zdobyczne klucze, jeden pasował. Pchnął gwałtownie drzwi, na wypadek, gdyby tamten rzeczywiście zaraz za nimi przycupnął, ale w środku nikogo nie było. Niezrażony tym niepowodzeniem, zaczaił się przy ścianie.
Człowieka, którego nienawidził z całego serca, doczekał się po kilku minutach, niestety w towarzystwie pielęgniarza, co utrudniało zadanie. Rozsądną myśl, by może odłożyć zemstę na później, zagłuszyła jednak wzbierająca wściekłość. Ruszył do ataku. Pielęgniarza znokautował ciosem pięści, pacjenta przewrócił na podłogę, usiadł na nim okrakiem i zaczął dusić.
- Bestseller, kurwa, dwadzieścia pięć tysięcy w pierwszym rzucie?! Ja ci, kurwa, dam bestseller! Wiedziałeś, że on to przepisał, podsunąłeś mi, żebym się zbłaźnił, ośmieszył!
Kunicki szarpał się, starając się poluzować uścisk, żeby złapać oddech. Udało mu się.
- Pierdol się - wycharczał, czym dodatkowo rozwścieczył Brysza.
- Całą książkę przepisał i przysłał jako swoją, a ty chamie...!
Zaczął tłuc głową Kunickiego o podłogę, ale ten, jakby nie czując uderzeń, zaniósł się śmiechem.
- Dobrze ci tak... jałmużnę chciałeś mi dać... dwieście złotych... tylko do bankomatu... nie dotarłeś... sobie wyspę... a mnie awans... bez podwyżki...
- Ja cię, kurwa, zabiję! Niech mnie zamkną, wszystko mi jedno, po tym, ile muszę Amerykańcom zapłacić odszkodowania za bezprawną publikację, i tak nie mam życia!
Brysz spełniłby swoją groźbę, ale znokautowany pielęgniarz zdołał się pozbierać i wkroczył do akcji. Wcisnął dzwonek alarmowy i skoczył Bryszowi na plecy, zrzucając go z Kunickiego. Ten wykorzystał sposobność, poderwał się, chwycił za krzesło i ruszył na swojego niedoszłego oprawcę.
- Zabić mnie chciałeś? No to masz!
Zamachnął się, ale w tym momencie wpadli wezwani na pomoc sanitariusze i widząc, że to Kunicki jest stroną atakującą, rzucili się na niego, po krótkiej walce obezwładnili i założyli mu kaftan bezpieczeństwa.
- Tego też - pielęgniarz wskazał kolegom wyrywającego się Brysza - on zaczął.
I po chwili również Brysz siedział pod ścianą w białym wdzianku z zawiązanymi na plecach rękawami. Doktor Goryń rozejrzał się po swoim gabinecie. Więc to już? Tak szybko zleciało? Dwadzieścia lat kariery lekarskiej, następne dwadzieścia na stanowisku dyrektora szpitala psychiatrycznego i już emerytura? Owszem, cieszył się na nią, planował poświęcić więcej czasu wnukom i swojemu hobby, jakim było modelarstwo, ale mimo to myśl o rozstaniu ze szpitalem go przygnębiała. Cóż się dziwić, zamykał przedostatni rozdział swego życia, zostawał ostatni, a potem...
Zmierzające w ponurym kierunku rozważania przerwało wejście postawnego mężczyzny w wieku około czterdziestu pięciu lat.
- Dzień dobry, byłem umówiony, nazywam się Wilczewski...
To był jego następca, który wygrał konkurs zorganizowany przez radę nadzorczą szpitala.
- Proszę, proszę, panie doktorze.
Podał mu rękę i wskazał krzesło. Przez chwilę taksował wzrokiem przyszłego dyrektora, dotąd rozmawiał z nim tylko przez telefon. Wilczewski nie uciekł spojrzeniem, na jego twarzy rysowała się pewność siebie człowieka doskonale znającego swoje kwalifikacje. Byłoby to nieznośne, gdyby kryła się za tym choćby odrobina zadufania, ale Goryń jej nie dostrzegł.
Pominął grzecznościową pogawędkę i od razu przystąpił do przekazywania obowiązków. Zabrzmiało to wprawdzie trochę sucho, ale nie chciał sprawić wrażenia, że próbuje odwlec moment, w którym będzie musiał na zawsze opuścić swój gabinet.
- Proponuję najpierw omówić sprawy związane z zarządzaniem, a potem oprowadzę pana po szpitalu, żeby poznał pan personel i pacjentów.
Wilczewski lekko skinął głową.
- Znakomicie.
Pierwsza część zajęła im dwie godziny, podczas których Wilczewski pilnie słuchał, notował, z rzadka tylko przerywając celnym pytaniem. Następnie wybrali się na obchód. Goryń oprowadził swego następcę po dwu- i trzyosobowych salach, które zajmowali nieagresywni pacjenci, po czym przeszli do izolatek.
- W tej chwili trzymamy w nich pięcioro pacjentów, czterech mężczyzn i jedną kobietę. To jeden z tej piątki.
Goryń wskazał przez szybkę w drzwiach na Brysza, który leżał na łóżku skrępowany pasami.
- Zagraża sam sobie? - domyślił się Wilczewski.
- Nie - dyrektor podrapał się z zakłopotaniem po głowie - zagraża innemu pacjentowi, ale już dwukrotnie wydostał się z izolatki, więc wolimy dmuchać na zimne.
- A co mu dolega?
- Jest na obserwacji, sąd zlecił badania psychiatryczne.
- Jaki zarzut?
- Próba zabójstwa. Właśnie tego drugiego pacjenta.
Wilczewski spróbował ułożyć sobie w głowie przebieg zdarzeń, ale mu się nie udało.
- Nie rozumiem. Był tu wcześniej, bo na coś chorował, próbował zabić tamtego i skierowano go z powrotem na obserwację?
- Nie, nie. Oni znali się już przedtem. Brysz, bo tak nazywa się ten pacjent, był właścicielem wydawnictwa, a tamten drugi, Kunicki, jego pracownikiem. Brysz, podobno podpuszczony przez Kunickiego, wydał światowej sławy bestseller jako książkę polskiego autora...
- A, słyszałem o tym, dosyć głośna sprawa, prasa się rozpisywała.
- No właśnie. Stracił majątek, bo przegrał wszystkie procesy o naruszenie praw autorskich, stał się pośmiewiskiem w branży, a winę za to, nie wiem, słusznie czy nie, przypisał Kunickiemu i próbował go zabić.
- Ale dlaczego sąd skierował go na obserwację? Próba zabójstwa nie świadczy jeszcze o chorobie psychicznej.
- Na rozprawie powtarzał bez przerwy „wyspa, gdzie jest moja wyspa?” i nie reagował w ogóle na to, co się wokół niego działo, sędzia uznał, że trzeba sprawdzić, czy nie symuluje.
- I przysłał go tu, gdzie znajduje się jego niedoszła ofiara? A czemu w ogóle Kunicki tu jest? Doznał przy tej próbie zabójstwa jakiegoś wstrząsu psychicznego?
- Próbowałem protestować przeciw umieszczeniu Brysza u nas, ale usłyszałem tyle, że jak mi się decyzja sądu nie podoba, to mogę się odwołać. Złożyłem zażalenie, ale coś czuję, że będziemy gotowi z opinią, zanim zostanie rozpatrzone. Efekt jest taki, że Kunickiego też musimy trzymać w izolatce, żeby go chronić przed Bryszem. Ale nie trafił do nas jako ofiara próby zabójstwa, ta nie zrobiła na nim chyba większego wrażenia, zdaje się, że tej zemsty ze strony byłego szefa się spodziewał.
- Więc czemu tu jest?
- Wybił szybę w księgarni i zdemolował wystawę, na której prezentowano bestsellery. Wie pan, takie „Top 10” najlepiej sprzedających się tytułów. Rozbił szklany stelaż w drobny mak, podarł te książki i cały czas krzyczał, że on je czytał, że to nie mogą być bestsellery. Pracownicy próbowali go obezwładnić, ale wpadł w taki szał, że nie dali mu rady, wyrwał im się i zaczął ściągać pozostałe egzemplarze z półek, skakać po nich, deptać je... Zniszczył chyba wszystkie, zanim przyjechała policja. Przywieźli go wprost do nas, bo nie odpowiadał na pytania, tylko na przemian śmiał się i płakał, plótł coś o złośliwym Bogu Książki i twierdził, że mu się przeciwstawił. Staramy się dojść, co w jego umyśle znaczą te pojęcia.
- Powiem panu, że po części go rozumiem, czasami jak przeczytam jakąś powieść o statusie bestsellera, to też mam ochotę podrzeć ją ze złości, że uległem stereotypowi, że jak coś często kupowane, to znaczy dobre.
Goryń przytaknął głową, że zna te czytelnicze rozczarowania.
- Chodźmy dalej, zobaczy pan naszego niszczyciela bestsellerów. Jeśli nie udało Ci się odgadnąć wszystkich tytułów, kliknij na rozwiązanie. (czerwiec 2010)
Przeczytaj również humoreskę pt. Propozycja wydawnicza
|